Kalendarz »

    Brak wydarzeń.

812. PL Natalia Kodź Przyjaciel

12 października 2014,

Polska

województwo zachodniopomorskie

Szczecinek

 

kategoria twórcza B

kategoria wiekowa 15 lat III klasa gimnazjum 

Ośrodek Gimnazjum nr 1 im. Zjednoczonej Europy

 

Przyjaciel

 

W ogromnym królestwie panował stary i mądry król. Poddani go uwielbiali, przez całe swoje życie służył im i był sprawiedliwy oraz uczciwy. Jednak to nie o nim jest ta opowieść.

Mianowicie, odrobinę dalej, nieco mniejszą krainą, rządził również król. Był młody, przystojny i niesamowicie samotny. Jednak nie zauważał tego, ponieważ cechowała go ignorancja na każdej płaszczyźnie życia.

Przez pewien czas, starał się wypełniać swoje obowiązki jako władcy, szło mu to jednak opornie, aż w pewnym momencie uświadomił sobie, że jako król nie musi nic. Pławił się w bogactwie i nie robił zbyt wiele. Dylan, bo o nim mowa, to, mimo swojej inteligencji i charyzmy, arogancki i opryskliwy młody mężczyzna, który, prawdę mówiąc, ani jako osoba, ani król, nie był nigdy uwielbiany. Chłopak nie zwracał na to uwagi, żyjąc w przekonaniu, iż nie potrzebował chwały i sympatii. Już i tak wystarczająco dużo posiadał.

Kontemplował właśnie swoje skórzane buty, siedząc na pozłacanym tronie w rozległej sali. Pomieszczenie wypełniały kolory rzucane przez rozmaite witraże, w które świeciło popołudniowe słońce. Młody władca przesunął znudzonym spojrzeniem po wolnej przestrzeni i westchnął cicho w dłoń. Siedział naprzeciwko dębowych drzwi, za którymi rozgrywało się życie pałacu. W sali tronowej, prócz szelestu, który stał się nieunikniony przy każdym poruszeniu się króla, raz po raz można było dosłyszeć mruczenie rudego kota.

Salę tę wybudowano jako pierwszą, zaś reszta pałacu została do niej ściśle dostosowana. Momentami, władca twierdził, że może była odrobinę zbyt duża, albo pusta. Zdecydowanie niewiele przedmiotów zajmowało tamtejszą przestrzeń. Dylan stwierdził w duchu, że musi ją czymś wypełnić.

Chciał już zawołać do siebie straże, wtem rozległo się ciche „pyk”, gdzieś z boku. Z początku postanowił to zignorować, sądząc, że ten kot znowu zakłócił jego ciszę. Ale w momencie, gdy spostrzegł, że zwierzę leniwie ociera się o jego lewą łydkę, a dźwięk można było usłyszeć od strony witraży przedstawiających jego koronację, odwrócił głowę w tamtą stronę i momentalnie z jego gardła wydobyło się coś na granicy pisku i skrzeku. Podskoczył i spojrzał na postać z przerażeniem.

– Kim ty jesteś? – odchrząknął, słysząc swój wysoki głos. – Ja się tu dostałaś? – dodał, prostując się i przybierając obronną minę.

Twarz postaci wygięła się w zniesmaczonym grymasie, po czym ta prychnęła, lustrując króla od góry do dołu. Jak ten zdążył zarejestrować, była to nieco krągła dziewczyna z biało-czarnymi włosami i zaciętym wyrazem na twarzy.

Zbliżyła się do niego i wyciągnęła rękę. Ten skulił się nieświadomie i zagarnął nieco bardziej w kąt tronu.

– Anastasia – szepnęła. Chłopak, słysząc jej głos, uspokoił się odrobinę i przejechał dłonią po swoich blond kosmykach, nim podał ją nieznajomej.

– Mnie chyba znasz? – zapytał filuternie, szczerząc się krzywo.

– Oczywiście – prychnęła. – Jesteś okropnym, zadufanym w sobie królem. Najgorszym, jaki kiedykolwiek miał nad nami władzę. Wierz mi, każda wróżka zna twoje imię. Niestety to mi przypadła ta zaszczytna misja odmienienia twojego losu.

Dziewczyna spuściła wzrok na ich dłonie, po czym wysunęła swoją z uścisku i obrzuciła władcę zniesmaczonym spojrzeniem, na co mina odrobinę mu stężała.

– W porządku, zanim wezwę straże, wróżko – syknął z wyraźnie słyszalną drwiną w głosie i skrzyżował sobie ręce pod głową, a następnie z leniwym uśmieszkiem, kontynuował. – Zabaw mnie i odmień los.

– Och, z chęcią – odparła ze złowrogim wyrazem twarzy, a kąciki jej ust powędrowały do góry. – Z wielką chęcią – powtórzyła i wolnym krokiem okrążyła tron, na którym rozciągał się znudzony władca, ciągnąc po błyszczącym parkiecie swoją długą spódnicą.

Gdy ponownie stanęła przed nim, w spojrzeniu wróżki widniało wyzwanie. Przygryzła pełne wargi i zachichotała pod nosem. Dylan przewrócił oczami i podparł brodę o dłoń. Wariatka.

– Można jaśniej?

– Oczywiście. Masz tydzień by znaleźć prawdziwego przyjaciela.

– A jak nie, to? – ponaglił nieprzekonany.

– Jak nie, to stracisz wszystko, co ci drogie – powiedziała z groźbą, patrząc na niego wygłodniałym spojrzeniem, uśmiechnęła się słodko i zniknęła, zostawiając oniemiałego króla. To, co się stało, potraktował, jako tanią sztuczkę. Zapewne straże zrobiły mu kawał.

Nonsens, przecież miał wielu przyjaciół, nie potrzebował tygodnia, skoro na tamtą chwilę, mógł przywołać z pamięci kilka imion jego bliskich. Pokiwał głową na boki i zaśmiał się.

 

Dokładnie siedem dni później, stał przed obliczem swoich poddanych, chcących wykonać na nim sąd. Pragnęli go obalić, nie chcieli takiego władcy. Dbał tylko o siebie, nie obchodziły go potrzeby innych.

Chłopak przełknął głośno ślinę i głaskając kota, zwrócił się do swoich bliskich znajomych. W listach wyjaśnił, że potrzebuje ucieczki, schronienia, bo własna służba próbowała go otruć trzykrotnie w ciągu ostatnich dwóch dni. Ku jego przerażeniu, przyjaciele wymyślali coraz to nowsze wymówki, twierdząc, że nie mają miejsca u siebie, bądź też, iż nie warto, ponieważ i tak poddani go znajdą. Jeden z nich strasznie ubolewał, ale wybył zaledwie dwa dni wcześniej(co nie było prawdą, ostatnie, posłuszne straże to sprawdziły). Kolejny zauważył, że jest za młody na takie decyzje, a rodzina nie wyraziła zgody. Król był przerażony i bliski rozpaczy. Nie chcieli nawet myśleć o narażeniu się dla niego. Ich władcy! Przyjaciela…

Zagryzał wargi niemal do krwi i nerwowo uderzał palcami o kolano, drugą dłonią głaszcząc gwałtownie rudego kota. Dylan nie mógł się nadziwić, że tamten tak spokojnie potrafił spać, kiedy kwestią czasu było przedarcie się wściekłego tłumu do pałacu. Już słyszał ich rozgniewane okrzyki, już i tak jeden z kolorowych witraży leżał w kawałkach na parkiecie. Blondyn przełknął głośno ślinę, zauważając roztrzaskaną, szklaną, jego własną sylwetkę. To mogła być moja głowa.

– Mówiłam, że stracisz wszystko. – Usłyszał szept przy swoim uchu i aż podskoczył.

– Nie chcesz mi chyba powiedzieć, że te zamieszki, to dlatego, ponieważ nie znalazłem… prawdziwego przyjaciela – ostatnie słowa wycedził z trudem i zamlaskał z przekąsem.

– Gdybyś znalazł – zadumała się na chwilę, wbijając się podbródkiem w czubek głowy chłopaka, palcami chwytając go za przedramiona – byłoby zdecydowanie inaczej, mój królu – zadrwiła.

– Czyli mam zginąć, bo nie wykonałem tego absurdalnego zadania? – prychnął, poprawiając sobie kota na kolanach, by ten nie przedziurawił mu pazurami jedwabnych spodni.

– Gorzej – zapewniła, ściskając go mocniej.

Blondyn zadrżał pod wpływem jej siły i po chwili nie widział już nic innego prócz ciemności. Ścisnął mocniej zwierzę, leżące mu na kolanach i poczuł mdłości wypełniające go od środka. Dylana zalała nieprzyjemna fala gorąca.

– Umarłem? – wymamrotał, marszcząc nos. Bał się otworzyć oczy, do momentu, aż coś gwałtownie wyrwało się spod jego palców. Teraz miał w dłoniach jedynie kłębki rudej sierści. Mógł przysiąc, że dostrzegł wtedy zgorszenie na pyszczku zwierzaka.

Poprawił się, ale nie odważył wstać, z obawy o zawroty głowy. Oparł ciało o chłodną, lekko wilgotną i chropowatą ścianę, po czym przymknął oczy.

– Czyli tak wygląda piekło? Śmierdzi i jest mokro. A fe! – odgonił ruchem ręki bzyczącego owada, a jego powieki uniosły się. Wbił tępo wzrok w myjącego się nieopodal kota. Patrzył tak dłuższą chwilę, wykrzywiając głowę na bok.

– Świetnie, dlaczego nie możesz być człowiekiem?

Nie zdążył pomyśleć o tym, co powiedział, a jego oczom ukazała się przygarbiona sylwetka młodej, rudowłosej kobiety. Z wyciągniętym językiem, w połowie drogi do wierzchu swojej dłoni, postać zastygła i przeniosła na niego spojrzenie. Ten zdawał się być bardziej skonsternowany niż przed momentem. Nie zorientował się, jak bardzo niemajestatycznie w danej minucie wyglądał, z rozszerzonymi w oszołomieniu oczami i rozchylonymi ustami.

– Myślałam, że już nigdy tego nie powiesz – odezwała się w końcu i stanęła prosto. Nawet nie zauważył jak na jej ciele pojawiło się ubranie! Głos dziewczyny zdawał się być zachrypnięty i dziwnie przyciszony, jakby nie mówiła przez dłuższy czas.

– Przepraszam bardzo, ale gdzie mój kot? – spytał bezmyślnie i zaczął potrząsać głową, jakby chciał pozbyć się zalegającej w uszach wody.

– Ja nim jestem – odparła z dziwną dumą i zbliżyła do niego. – To znaczy byłam.

– Co znaczy, że byłaś?

– Um… zostałam zaklęta w kota. Przez Anastazję – odpowiedziała, usadawiając się obok niego.

– Czemu?

– Na comiesięcznym wieczorku wróżek pokonałam ją w szachy. Oskarżyła mnie wtedy o czynienie zła i przeklęła mnie – wyjaśniła pokrótce, wzruszając przy tym ramionami.

Dylan spojrzał na nią z ukosa w lekkim otępieniu. Dziwna wróżka i zadanie, zniesienie go z tronu – to był w stanie zrozumieć. Ale jego zaufany kot, którego posiadał, odkąd zaczął panować, okazał się człowiekiem! Druzgocące. Chłopak nie myśląc dłużej, przyległ do boku dziewczyny i położył głowę na jej ramieniu, po czym dramatycznie westchnął. Było mu wolno. W końcu to jego pupil od kilku lat.

– I dlaczego się odmieniłaś? – spytał z ciężkim oddechem.

– Chciałeś, bym była człowiekiem, więc jestem.

– To takie łatwe? Czemu wcześniej nie wróciłaś do swojej postaci?

– Bycie zwierzęciem nieco osłabiło moją moc. Wiedziałam tylko, że jak mój właściciel naprawdę tego zachce to wrócę do bycia człowiekiem.

– Powiedzmy, że rozumiem – mruknął wymijająco i odwrócił wzrok. – Gdzie w zasadzie jesteśmy?

– Hm… – Rozejrzała się wokół skonsternowanym spojrzeniem. – W innym wymiarze. Tak myślę.

– I… i co tu robimy?

– To chyba forma kary. – Przejechała nerwowo paznokciem po ustach. Nagle obruszyła się, strącając głowę chłopaka ze swojego ramienia. – Ale hej, ona powierzyła ci to zadanie, prawda? Nie cofnęła go jednak. Możliwe, że jest ono na czas nieokreślony! Chyba wystarczy jak znajdziesz prawdziwego przyjaciela tutaj! – powiedziała z entuzjazmem w głosie i klasnęła w dłonie, po czym gwałtownie poderwała się z ziemi. Pociągnęła Dylana w górę.

– Ccco… – burknął zaskoczony nagłą zmianą jej zachowania.

– Im szybciej tym lepiej. Może wtedy będziesz mógł wrócić do królestwa. Mogę pomóc waszej wysokości. – Dygnęła przy tym lekko i już po sekundzie prowadziła go w, tylko sobie znaną, stronę. Czuł się tym tak zaskoczony, że nie był w stanie nic z siebie wydusić poza niewyraźnym skrzekiem.

Po kilkuminutowym biegu, podczas którego znaleźli się wśród tłumu ludzi i dziwnych karoc bez koni, przystanęli z lekką zadyszką pod ceglastym budynkiem. Władca rozejrzał się wokołoi niepewnie przysunął do wróżki otrzepującej z siebie niewidoczny kurz. Zbliżył się do jej ucha, nie odrywając spojrzenia od zaskoczonych min osób mijającychich.

– Dlaczego ci ludzie się tak na nas patrzą?

Zlustrowała go spojrzeniem od góry do dołu, zarzucając sobie rękę na biodro.

– Chyba na ciebie, drogi królu. Ja się niczym nie wyróżniam. W zasadzie jestem dla nich niewidzialna. Ty natomiast, masz na sobie pozłacane, jedwabne szaty i koronę.

– No i?

– W tych czasach, najwyraźniej, nie jest to codzienny widok.

Prychnął i spojrzał na otoczenie z góry. Niby co takiego złego było w jego wyglądzie? Nosił na sobie najdroższe i najlepsze materiały w całym królestwie. W dodatku stroił go najbardziej szanowany stylista. Szczerze wątpił, by ci ludzie kiedykolwiek mogli dotknąć choćby skrawka tkaniny, którą na sobie miał.

– Nonsens! – warknął, przykładając sobie chusteczkę pod nos. Mógł uwierzyć, w taką karę. Okrutna. To miasto cuchnęło. Aby pozbyć się tego smrodu z szat, a przede wszystkim z siebie, potrzebne będzie kilkukrotne wyparzanie. A i tak nie było pewności, że to pomoże.

Przymrużył powieki i z nonszalancją zaczął iść przed siebie, nie zwracając uwagi na przechodniów. Do momentu, aż nie wpadł na kogoś doprawdy ogromnego. Osobnik ten, zdał się być jeszcze większy, gdy odwrócił się w stronę młodego władcy z rozwścieczoną miną.

Dylan momentalnie skulił się, widząc głębokie blizny i nieznane mu malunki, na skórze mężczyzny. Najgorsze okazało się jednak to, że po obu bokach przeciwnika, stali równie groźnie wyglądający goryle.

– Księżniczko, nikt nie nauczył cię chodzić? – sapnął, a do nozdrzy blondyna dotarł okropny odór, przez co odrobinę go zemdliło. Mężczyzna widząc jak chłopak przytyka sobie chustkę ściślej do nosa, wytrącił ją agresywnie z jego dłoni i przystawił pięść do buzi jasnowłosego. Drugą dłonią sięgnął do kołnierza jedwabnej szaty i uniósł króla kilka centymetrów w górę.

– Nie zabijaj mnie! – zawył, czując potęgujące się zażenowanie i strach. Wszyscy trzej mężczyźni jednocześnie wybuchli śmiechem.

– Ej! Zostawcie tego dziwaka! – Dylan usłyszał za plecami i przymknął oczy, czekając na rozwój wydarzeń.

– Chyba mnie nie zastrzelisz za przetrącenie tej ładnej buźki? – prychnął przeciwnik blondyna, jednak zluźnił odrobinę uścisk.

– Nie próbuj mnie sprawdzać. – Głos był pewien siebie, może lekko prześmiewczy, spokojny, zawierający pewną groźbę.

– Pierwszy dobry się znalazł – mruknął cierpko pod nosem i już po chwili Dylan leżał rzucony gwałtownie na ziemię.

Chłopak z trudem łapał powietrze, a nim zemdlał, ostatnie, co zobaczył to trzech rosłych mężczyzn oddalających się i męską sylwetkę nad nim. Później nastała ciemność.

 

– Królu! Obudź się! Przecież nic ci się nie stało! – jakiś denerwujący głosik bez przerwy powtarzał się, przerywając mu sen. Doprawdy, co za godna pożałowania służba. Był pewien, że jeśli uda, że śpi, głos ustanie, ale nie, ten coraz bardziej bzyczał mu nad uchem niczym rozwścieczona pszczoła. W końcu w rozdrażnieniu zmarszczył czoło, zacisnął powieki i szczękę, by po chwili otworzyć oczy. Dopiero wtedy nastała cisza.

– Kto śmie budzić króla?! – warknął przez zęby.

– Króla? – usłyszał prychnięcie, tak różne od głosu, który moment wcześniej trajkotał bez opamiętania. Wydawało się, że był to jakiś mężczyzna. Ponadto, Dylan skądś go znał.

Blondyn przewiercił wzrokiem pomieszczenie, aż w końcu natrafił na drwiące, czarne spojrzenie jakiegoś mężczyzny. Król poderwał się gwałtownie.

– Ty! Ty! – wskazał na niego palcem – Co robisz w mojej komnacie?! – spytał rozgniewany, na co obcy osobnik roześmiał się.

– Chyba ty zająłeś moją komnatę, książę. – Ostatnie słowo okraszał nutką drwiny.

– Książę, phi! JESTEM KRÓLEM.

– Dorośnij, albo z łaski swojej, skończ to przedstawienie. Ewentualnie wróć na oddział. – Wykrzywił cienkie wargi w kpiącym uśmieszku i rozsiadł się wygodniej na fotelu.

– Jak śmiesz… – zaczął chłodno, wtem dostrzegł z prawej strony kobiecą postać, wpatrującą się w niego wzrokiem pełnym dezaprobaty. – Kocie? Czyli to nie był sen… – Spuścił spojrzenie i wbił je w swoje roztrzęsione dłonie.

– Kocie? Nie jesteśmy tak blisko, księżniczko – wymamrotał, krzyżując sobie ręce pod głową i spoglądając na chłopaka spod półprzymkniętych powiek. Ten obrzucił go oceniającym spojrzeniem.

– To nie było do ciebie. Wróżko? – Zwrócił się ponownie w stronę rudowłosej dziewczyny. – Zdradź mi, jak na ciebie mówią, nie mogę się do ciebie zwracać po imieniu mego… kota.

– Teraz jestem wróżką? W porządku, mam na imię Christian, jeśli to cię tak ciekawi. – Wzruszył nonszalancko ramionami.

– Nie mówiłem do ciebie – fuknął.

– Królu, ależ ja uważam, że Pieszczoszek był zaprawdę uroczym imieniem! – Zachichotała, owijając kosmyk swoich włosów wokół palca. – Ale w porządku. Jestem Cassandra. – Uśmiechnęła się do niego promiennie.

– Uh… nie ma tu nikogo więcej? – odparł Christian czując narastające zakłopotanie dziwnym zachowaniem gościa. Pytaniem tym, przyprawił Dylana o głupi wyraz twarz.

– Ach no tak! – Klepnęła się w czoło. – Mówiłam ci, jestem dla nich niewidoczna. Mam na to za mało mocy.

Zielonooki chłopak zmieszał się automatycznie, rzucając ciemnowłosemu gospodarzowi szybkie spojrzenie.

– Chcesz mi powiedzieć, że zachowuję się jak obłąkany?! – pisnął z gulą w gardle i przyłożył sobie dłoń do ust, która lekko drżała. Najchętniej zapadłby się pod ziemię.

W odpowiedzi obie postaci przytaknęły mu, na co z gardła chłopaka wydobył się jęk. Był zażenowany jak nigdy.

– Litości… – przetarł twarz dłonią –…więc, jesteś moim rycerzem? – Miał nadzieję, że choć to pytanie nie wyda się jegomościowi dziwne. Niestety, przeliczył się, dostrzegając na twarzy Christiana – jego osobistego wybawiciela w nowym świecie – grymas irytacji poplątanej ze zdziwieniem tą sugestią. Widząc jednak niecierpliwe spojrzenie, uśmiechnął się czarująco do blondyna.

– Mogę być kimkolwiek zechcesz. – Mrugnął do niego i zaśmiał się.

Na twarzy Dylana automatycznie pojawił się cierpki wyraz. Zacisnął wargi w cienką linię.

– Drwisz ze mnie – stwierdził na głos.

– Ja? Skąd.

– Królu!

Wzdrygnął się, słysząc wysoki głos wróżki.

– Tak?

– Może być twoim przyjacielem! W dodatku jest niezwykle przystojny – ostatnie zdanie dodała filuternym tonem i nerwowo okręciła kosmyk rudych włosów wokół palca.

Ponownie tego dnia obejrzał młodego mężczyznę od góry do dołu i przygryzł wnętrze policzka. Spojrzał niepewnie po dziewczynie, która wpatrywała się maślanym spojrzeniem w ciemnowłosą postać. Czy był odpowiednim kandydatem na jego przyjaciela?

– Czy ja wiem… – mruknął pod nosem i potarł się po brodzie. – W porządku. Panie?

– To jest zdecydowanie lepsze od wróżki – przerwał, uśmiechając się szelmowsko.

– Echem – odchrząknął. – Panie, czy ugościłbyś mnie?

– Chcesz tu zostać, tak?

– Za pozwoleniem, oczywiście. Niestety, nie mam się gdzie podziać i nie posiadam… przyjaciół.

– Ech, w porządku. Jednak nadal nie wiem jak ci na imię, księżniczko.

Dylan ostatkiem sił powstrzymał się przed wybuchem. Doprawdy, jako król, nie był pewien, czy powinien był pozwolić sobie na takie traktowanie jego osoby. Jednak w aktualnej sytuacji, nie miał wyjścia i nie pozostało mu nic innego jak tylko zbliżyć się do Christiana i w dystyngowany sposób wyciągnąć ku niemu dłoń.

– Dylan Currington, pierwszy tego imienia, najstarszy syn Jabłkowego Króla, władca Wietrznego Królestwa – przedstawił się i delikatnie potrząsnął dłonią, która ledwie go musnęła.

– Zapowiada się wiele zabawy – mruknął Christian, odwracając wzrok od złotych naszyć na szacie Dylana.

 

Minął miesiąc od tej dziwnej przygody. Okazało się, że Dylan należał do niezwykle wymagających oraz wybrednych gości. Jedynie dzięki reprymendom Cassandry zachowywał resztki przyzwoitości i nie wysługiwał się Christianem. Albo raczej nie robił tego w ekstremalnych wypadkach, jak na przykład wyszorowanie pleców bądź nakarmienie. W rezultacie, relacji tej daleko było do przyjaźni, Christianowi natomiast bliżej do służącego. Aczkolwiek zdarzały się pewne sytuacje, dzięki którym nie wyrzucił on blondyna ze swojego domu. Jak ta, pewnego popołudnia, gdy wrócił z pracy i zastał młodego króla siedzącego po turecku, pod kanapą, wpatrującego się z pasją w telewizor.

Ciemnowłosy przeniósł spojrzenie na widowisko rozgrywane na ekranie. Mężczyzna w ciemnym fraku z gracją przesuwał palcami po pianinie, muskając nimi klawisze tak pieszczotliwie, jakby były jego najcenniejszym skarbem.

Dylan nawet nie usłyszał, iż ktoś wszedł. Rozkoszował się każdą nutą utworu wygrywanego na potężnym instrumencie, czując ciarki na całym ciele. Przy delikatniejszej nucie przymykał powieki, wyglądając na wręcz sennego. Tonącego w melodii. I Christian nie wiedział czemu, ale go tofascynowało.

Pokręcił głową na boki i odchrząknął głośno, odpychając się od framugi. Blondyn momentalnie podskoczył i odwrócił się twarzą w jego stronę.

– Co to takiego? – spytał rozmarzonym tonem, spoglądając na niego niczym wyrwany z transu.

Starszy chłopak jeszcze raz rzucił spojrzeniem na ekran i znowu w rozanielone zielone oczy.

Dla Elizy, Beethovena – odparł zdawkowo i wzruszył ramionami widząc niezrozumienie malujące się na twarzy towarzysza. O ile wcześniej te ciągłe pytania o rzeczy oczywiste drażniły go na przemian z rozbawianiem, teraz podchodził do tego obojętnie. Zdarzały się nawet takie momenty, że był w stanie uwierzyć w te brednie o królestwie, aczkolwiek chwilę potem przychodziło trzeźwe myślenie i jedynie prychał z politowaniem.

– Piękne – szepnął jasnowłosy, odwracając się w stronę telewizora.

– Ta, masz rację – mruknął, spuszczając spojrzenie na buty, świadomy swojego zamyślenia.

Gdyby ktoś niedawno powiedział mu, że weźmie pod swój dach wariata, wyśmiałby tę osobę. Ale jednak zrobił to. I w zasadzie, prócz niektórych dziwnych momentów, ten dzieciak nie był taki zły. Ciężko było znaleźć odpowiednie słowo na opisanie go, więc Christian stwierdził, że Dylan jest po prostu specyficzny i udowadniał to z każdym dniem. Nie należał do głupich, ba, sprawiał wrażenie całkiem oczytanego i inteligentnego. Ponadto miał dziwną tendencję do częstego rozwiązywania zadań matematycznych i w tej dziedzinie niejeden by mu pozazdrościł.

W dodatku, choć ciężko w to uwierzyć, naprawdę zdarzało się im porozmawiać zupełnie normalnie. Christian stwierdzał, że w sumie mógł się do tego przyzwyczaić. I w zasadzie już się tak działo. Ciągłe grymasy i marudzenia, dziwactwa i przyzwyczajenia jego nowego współlokatora stawały się dla niego codziennością. Po prostu żyjąc tak samotnie dotychczas, miło było znaleźć kompana, któremu najwyraźniej zależało na jego obecności, ponieważ za każdym razem, gdy blondyn przekraczał granicę i Christian z irytacją chciał go zostawić, ten momentalnie się reflektował. I to jakoś tak łagodziło wszystko i pojawiał się uśmiech.

 

Dni dla Dylana mijały dość szybko, a on miał wrażenie, że gdy zrobi krok w przód, chwilę potem cofa się o dwa. Kolejne dwa od jego domu, królestwa i poddanych. A najstraszniejsze dla niego było to, że jedynie machał na to nonszalancko ręką, bo w jakiś niezrozumiany dla niego sposób czuł się naprawdę szczęśliwie.

Ale przychodziły dni, gdy robił tych kroków w tył około dziesięciu.

– Ja się nie zgadzam! – pisnął drżącym głosem, gestykulując nerwowo rękoma. – Jestem królem!

– Och, przestań bez końca to powtarzać, żałosne – Christian prychnął, mierząc chłopaka spojrzeniem od góry do dołu. – To tylko kilka dni! Przecież cię nie wyrzucam, poradzisz sobie sam…

– Ale ja nie chcę sam! Ja nie jestem tu po to, żeby sam! – Zaparł się nogami o podłogę jak dziecko i skrzyżował ręce na piersi.

– Nie będę tu tkwił bez przerwy, mam życie! – warknął, gotując się w środku.

– Dylan, uspokój się! – Do uszu blondyna dotarł krzyk zaniepokojonej wróżki, ale zignorował to, jedynie fukając na kobietę.

– JA, do tego życia należę – powiedział przeciągając wyniośle sylaby i mrużąc powieki.

Tak naprawdę nie chciał, aby chłopak wyjeżdżał, bo nie wyobrażał sobie jego nieobecności. Gdy tylko blondyn dowiedział się o kilkudniowym spływie kajakowym, na który Christian wybierał się ze znajomymi, miał ochotę wręcz błagać go o to, żeby został. Tęskniłby! Aczkolwiek duma nie pozwalała mu na coś takiego.

– Na moje nieszczęście – syknął przez zęby. – Nie jesteś kimś ważnym, nie przywiązuj się, księżniczko. Nie rość sobie do mnie praw – prychnął z drwiną, ignorując grymas bólu wypływający na twarz Dylana. – Wyjeżdżam w nocy – dodał na koniec i nerwowym krokiem wyszedł z pokoju, zostawiając rozgoryczonego blondyna kompletnie samego.

Ten jeszcze chwilę wpatrywał się w miejscu, w którym kilka sekund wcześniej stał Christian, a następnie z rozdrażnieniem rzucił się na łóżko i przycisnął dłonie do czoła. Pooddychał ciężko, by zaraz z zupełnie normalnym wyrazem twarzy, można nawet pokusić się o stwierdzenie, że aroganckim, skupić wzrok na swoich równych paznokciach.

– Królu, to nie było dobre posunięcie. – Głos Cassie był pełen grozy.

– Cokolwiek – mruknął od niechcenia.

Zmarszczyła czoło widząc zobojętnienie na twarzy młodego mężczyzny i zagryzła wnętrze policzka, a w jej oczach pojawiły się iskierki gniewu. Nie tak, nie tak!

– Król wybaczy – chrząknęła chcąc pozbyć się nuty nieuprzejmości w głosie – ale tym sposobem, cóż, powrót do królestwa zdaje się być daleko, daleko. – Poruszyła ręką chcąc nadać prawdziwości swoim słowom. Dylan jedynie spojrzał na nią jak na głupią.

– Nie chcę wracać do królestwa.

– Co?! Dlatego wszcząłeś tę kłótnię!

– Oczywiście, że nie. Nie zależy mi na powrocie. Myślałem, że naprawdę… zdobyłem kogoś, dla kogo jestem ważny. Bo ten ktoś stał się taki dla mnie – wyjaśnił, odbiegając spojrzeniem. – Nie powiedziałem mu nawet o tych diamentach, które mam przy sobie, bo chciałem sam, swoją osobą, go do siebie przekonać.

– To logiczne, że tego nie zrobiłeś. Wtedy by ci odpowiedział, żebyś kupił sobie mieszkanie, a nie wpraszał do niego – stwierdziła, układając się obok blondyna. Minę miał mętną, zdawał się być zrezygnowany i najzwyczajniej w świecie smutny.

– Ech, nie umiem zapanować nad królestwem, nie umiem zdobyć przyjaciela….

– Właśnie. Skoro jesteś takim beznadziejnym władcą, to jakim cudem zasiadłeś na tronie?

– Wolna elekcja. Przekupiłem poddanych.

– Co? Król powinien być wzorem uczciwości! – krzyknęła z oburzeniem i niemal zapowietrzyła się, widząc cień samozadowolenia na twarzy jasnowłosego.

– Tak naprawdę mój ojciec oddał mi kawałek królestwa, bo chciałem porządzić. Spełnił mój kaprys. Nie wiedziałaś? – spytał ze zdezorientowaniem w głosie.

– Ymm… Nnie? Byłam zaklęta?

– Och, no tak.

– To co teraz?

– Zniszczyłem wszystko przez moją obłudę. Wyniosę się, ot co. Nie jestem dla niego kimś ważnym, wróżko. Starczy mi zatruwania życia innym.

– Ale nie możesz się tak poddać! – Obruszyła się, piszcząc nerwowo i rozglądając się wkoło. Zacisnęła wargi w cienką kreskę i spojrzała srogo na władcę.

– Mogę i tak zrobię.

– Ale co dalej z twoim życiem?

– Mam ciebie, prawda?

– Och, ale!

Uciszył ją gestem ręki i przeciągnął się niczym kot, by po chwili podnieść się z miękkiego łóżka. Nie zdawał sobie w ogóle sprawy, że jego rozmowa została podsłuchana.

Christian nie potrafił się powstrzymać słysząc przygaszony ton głosu Dylana i choć co prawda słyszał jedynie kwestie wypowiadane przez niego, to właśnie one sprawiły, że jakoś tak urosło mu serce. Poczuł się ważny. I choć może to było niegrzeczne, ale przekroczył próg pokoju, dłuższą chwilę obserwując badawczo blondyna. Ten nie pozostał mu dłużny i stali tak w ciszy, taksując siebie spojrzeniami.

– Przepraszam – powiedzieli w końcu, w tym samym momencie.

– Zachowałem się ordynarnie. Nie jak na władcę przystało. Mam nadzieję, że wybaczysz mi tę nietaktowność i mimo wszystko wspominając mnie, będziesz pamiętał dobre momenty – odparł sucho, dygając lekko. Chwycił za swoje kosztowne ubrania, złożone na fotelu, i zaczął zmierzać w stronę drzwi, jednak Christian zatrzymał go ręką.

– Ja powiedziałem to pod wpływem emocji. Wcale… – zaciął się, szukając odpowiednich słów – …wcale tak nie myślę. Nie jesteś nikim, Dylan. Dałeś mi naprawdę wiele i dzięki tobie przestałem być samotny.

– Jak wzniośle – rozległ się komentarz Cassie. Dylan spojrzał po niej niewiedzącym wzrokiem, na co ta prędko się zreflektowała. – Ale to nic! Tak powinno być! – Zaśmiała się i machnęła ręką.

Blondyn ponownie spojrzał w ciemne oczy towarzysza i uśmiechnął się szeroko, po czym niespodziewanie wtulił się w niego i ścisnął z całej siły, zapierając dech w piersiach.

Nagle za jego plecami rozległo się znajome „pyk”, przez co momentalnie oderwał się od zdziwionego bruneta i spojrzał w tamtą stronę.

Wokół Anastazji unosił się bajecznie błyszczący się, kolorowy pył, przez który wróżka zaczęła kasłać. Potarła się po gardle, krzywiąc twarz i spojrzała po twarzach wszystkich obecnych. I żadne, prócz Cassie, nie kryło zdziwienia jej obecnością.

– No co? Mam alergię – wytłumaczyła się i gestem ręki pozbyła chmury pyłu, a następnie chrząknęła. – Wychodzi na to, że wykonałeś zadanie. Co prawda dałam ci siedem dni, ale nie cofnęłam nic i cóż. – Wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się filuternie do Christiana. – Znalazłeś przyjaciela skoro tu jestem – stwierdziła na głos i zachichotała.

– Ale ty! Ty jesteś zła! – rzucił oskarżycielskim tonem.

– I?

– Po co chciałaś mnie umoralnić?!

– Z nudów? – Miała minę niewiniątka. Wskazała prędko na Cassie. – Przegrałam zakład – powiedziała cierpko.

– To wszystko, co mówiłeś… Tto…to…to prawda? – Christian przełknął głośno ślinę i wbił przerażone spojrzenie w rudowłosą postać stającą po lewicy Dylana.

– Wątpiłeś? – prychnął do niego. – Jaki zakład? – zwrócił się w stronę Anastazji.

– Któraś z nas dwóch miała wymyślić zadanie naprawiające króla. Założyłyśmy się, że ta to zrobi, która przegra w szachy. Oczywiście padło na mnie. Ale Cassie odrobinkę mi pomogła.

– Tak tyci-tyci. – Dziewczyna zmarszczyła rude brwi i przygryzła wargę.

– To taka mała intryga.

– Czuję się wykorzystany. To kpina z władcy, zamach stanu! – wrzasnął i podparł się o bok Christiana, czując zawroty głowy. Był oszołomiony.

– Och, daj spokój złociutki. I tak i tak by cię obalili.

– A co z królestwem?

– Władzę przejęły wróżki – wyjaśniła po krótce, przyglądając się skórkom paznokci.

– Wróżki! – zachwiał się.

– I taki mały szkopuł. Nie byłam zaklęta w kota. To znaczy byłam, ale nie w zły sposób. Mogłam się sama zamieniać i odmieniać. W zasadzie jak stąd znikałam chwilami, to wracałam do królestwa. – Odsunęła się kilka kroków w tył, chcąc ubiec gniewowi Dylana. Ten tylko wrzasnął coś niezrozumiale i mocniej naparł na ciało Christiana, czując niestabilność w nogach.

– To miało być w dobrym celu! – Starała się siebie usprawiedliwić, jednak z marnym skutkiem, więc jedyne co jej pozostało to zrobić skruszoną minę i skulić się w sobie.

– To wracasz do królestwa? Do dnia, w którym się spotkaliśmy? – spytała bez przekonania ze sceptycyzmem z spojrzeniu.

Chłopak chwilę myślał, patrząc niepewnie po towarzystwie. Od słów, które miał wypowiedzieć zależało jego być albo nie być. Czy chciał wracać do królestwa, w którym mimo bogactw i służby, żył samotnie? W tym dziwnym świecie, którego kompletnie nie rozumiał znalazł coś, co sprawiało, że czuł radość. Kogoś, kto go uszczęśliwiał. Żadne bogactwa, jakie kiedykolwiek posiadał nie były warte przyjaźni, dlatego z bólem serca musiał pożegnać luksus.

– Chcę zostać. Jeśli mogę? – spojrzał na Christiana, szukając w jego oczach przyzwolenia. Ten jedynie posłał mu pokrzepiający uśmiech.

– W porządku. – Sekundę później został po wróżce jedynie kolorowy pył.

Dylan przeniósł oskarżycielski wzrok na rudowłosą postać, by po momencie zastąpić go wdzięcznością, której nie potrafił ukryć. Zbliżył się do niej i uściskał radośnie.

Historia ta kończy się naprawdę dobrze. W królestwie zapanowały prawe wróżki, które starały się jak mogły zapewnić dobry byt poddanym, jednocześnie nie pozwalając sobie wejść na głowę. Cassie skakała między światami, od czasu do czasu przynosząc coś z pałacu Dylanowi. A sam bohater żył w przyjaźni z Christianem długo i szczęśliwie. Naprawdę długo, ponieważ nie potrafił się dostosować do tego świata. Pomimo wielu niesnasek okazali się wspaniałymi przyjaciółmi wobec siebie. I żaden z nich już nigdy więcej nie był samotny. Cassandra natomiast dalej wygrywała w szachy z Anastazją, a ta pamiętała, aby już więcej się nie zakładać.

 

 

    

 

Oddaj swój głos:
(201)
()

Konkursy » Polska

(58)
15 października 2015 - 6 grudnia 2016

Szanowni Laureaci, szanowni Państwo, poniżej do pobrania dyplomy i podziękowania   nagrody dla Laureatów zostana...
(128)
15 października 2015 - 6 grudnia 2016

Protokół Jury „Polskie bajanie”, czyli II edycja międzynarodowego konkursu „Bajka i legenda świata w życie...
(53)
15 października 2015 - 6 grudnia 2016

Polska województwo pomorskie/ powiat słupski/ gmina Słupsk Lubuczewo   kategoria wiekowa dorosły Dom Pomocy...