Polska: Puławy

MAŁGORZATA KLINKOSCH

Artystyczna "Złota rączka"

Małgorzata Klinkosch ur. w 1966 r. w Opolu Lub. Ukończyła Bibliotekoznawstwo i Informację Naukową (UMCS w Lublinie), od 2007 r. pracuje jako nauczyciel w Młodzieżowym Domu Kultury w Puławach, prowadzi zajęcia i spotkania literackie, jest pomysłodawczynią i organizatorką dwóch cyklicznych konkursów poetyckich dla dzieci i młodzieży : "Miłość niejedno ma imię " oraz "Mój świat". W 2008r. wyróżniona za scenariusz "Baobaby w szkole" w konkursie Scena Młodych - WOK Lublin. Debiut literacki Metafora nr. 6 (87) 2013r.

MAŁGORZATA KLINKOSCH  ALEGORYKI:

     O Burku

    Od dłuższego czasu Burek nie zapuszczał się dalej niż do starego płotu.
W zasadzie cały dzień spędzał, leżąc przy budzie tak starej jak on sam, a może jeszcze starszej, nie wiadomo. W prawdzie nie urodził się tutaj, ale to miejsce uważał za swój dom. Tu biega jego Azor i Pusia. Tu spędził długie lata obok Luiz. Dziwne imię. Rzadkie, ale on był dumny, że Luiz, najlepsza sunia w okolicy, wybrała jego – Burka na swojego adoratora, partnera, towarzysza. Nie było to łatwe. - Oj czasy, czasy. Burek machnął ogonem, bo jakaś mucha obudziła się, zwiastując nadejście cieplejszych dni. – Rozejrzał się wokoło. Słońca jak nie widać, tak nie widać. Zima tego roku w ogóle nie chciała odejść. Tak bardzo marzył, aby wreszcie ciepło rozgrzało jego stare kości. - Może nabrałbym sił, może zdołałbym ruszyć na łąkę, żeby jeszcze choć raz poczuć zapach trawy, bo tu tylko piach i błoto – mruczał Burek, odganiając natrętną muchę  raz po raz.- Może dałbym radę dotrzeć tam, gdzie lubiliśmy biegać razem z Luiz – rozmarzył się na dobre stary psina. Podniósł się z ledwością. – Odejdź! – ni to warknął, ni to szczeknął do muchy, ale ona, jak to mucha była niczym natrętna myśl. Tego dnia Burek nie mógł rozproszyć ponurych chmur w jego głowie. Nie mógł zrozumieć, że na jego oczach zmienia się świat. Psy z prędkością światła porzucają swoje suki, suki opuszczają młode, a wszyscy myślą tylko o tym, jak ukraść kość i samotnie ją gryźć. - Ty, mucha – szczeknął Burek w kierunku intruza, pewnie dlatego, że już nie radził sobie ze swoimi myślami. - Skoro nie chcesz odlecieć, to może chociaż powiesz, jak żyć? - Kochać. Na przekór i pomimo. Kochać – zabzyczała mucha i odleciała.


  O kocicy i lisie.

    Zbliżała się zima. Lis dusił się w swojej norze, a u kotki bywał na herbacie.
Było miło, serdecznie i przytulnie. - Czy użyczysz mi gościny? – zapytał pewnego listopadowego wieczoru, kiedy już pierwszy śnieg otulił wszystkie gałązki i mchy. - Tak, miejsca jest dosyć. – Kotka z wyprężonym ogonkiem zachęcała przybysza, żeby się rozgościł. – Możesz tu być, jak długo zechcesz. Używać wszystkiego, co będzie ci potrzebne, nawet ogrzać się przy mnie w długie, zimowe wieczory. Proszę tylko, abyś nie korzystał z tej blaszanej miseczki. Jest zwyczajna, trochę zardzewiała, ale dla mnie niezwykle cenna. Byłoby mi żal, gdyby zniszczyła się. Lis ucieszył się. Mógł spać, jeść, czasem wychodzić na łowy, ale nie bardzo to lubił.
Kury pozamykane w zagrodach, nie były łatwym kąskiem. Wracał raz i drugi zrezygnowany. Dał za wygraną. Kotka tymczasem była przygotowana do zimy. Przyrządzała smakołyki, pichciła i rozpieszczała gościa. Lis nie pytał, jak udaje jej się tak świetnie radzić. Korzystał. Jadł, spał i pił. Dzień za dniem, tydzień, za tygodniem, miesiąc za miesiącem – mijały. Kotka uwijała się, prężyła, nie prychała. Zapomniała, że prychanie to jej natura, Odsuwała też myśl, że kury, ich zapach, smak, i gdakanie to lisie afrodyzjaki. - Mój lis jest inny - mruczała do siebie przed zaśnięciem. – Mój lis jest inny... Tymczasem wiosna była tuż za lasem. Jeszcze dzień, jeszcze dwa i zazieleni się podwórko. Lis był niespokojny. Wyglądał czy wiosna już tuż, tuż. Mniej jadł, ale pił. Raz był wesół i snuł plany, że z wiosną przebudują kocie mieszkanie, to znów popadał w melancholię. Pewnego dnia znikł. Wraz z nim stara , blaszana miseczka kotki. Dobrze, że miała jeszcze szklany talerzyk. Musi teraz lepiej o niego zadbać.


Perła

Szczur codziennie rano wychodził z nory. Drepcząc po okolicy szukał Szczęścia. Pewnego dnia, kiedy ze źdźbła trawy spadła ostatnia kropla rosy, spotkał kreta.
- Czy widziałeś Szczęście? - zapytał
- Nie widziałem - odparł kret - Jestem ślepy
Szczur westchnął i podreptał dalej. Pod krzakiem dzikiej róży sroka dziobała pożółkłe liście, rozrzucając je na boki.
- Czy widziałaś Szczęście? - zapytał Szczur
- Przed chwilą wypadło mi z gniazda - odparła sroka, nie przerywając pracy
- Tak? Jak wyglądało? - uradował się szczur.
 Sroka podniosła głowę. - A jak wygląda perła?