Polska: Warszawa

Marek Różycki senior

pamiętajcie o ogrodach

Marek Różycki senior – dziennikarz, publicysta, reporter, felietonista, autor opowiadań dla młodzieży - ur. 1922 w Biłgoraju zmarł w 1995 w Warszawie.

 

Marek Różycki przez 39 lat był dziennikarzem starego Życia Warszawy i jednym z założycieli tego tytułu z legitymacją „ŻW” numer 10. Od 1955 – 1968 był korespondentem "Życia Warszawy" z Zakopanego oraz południowej Polski; następnie kierował działem społecznym oraz działem ekspertów „Dziś telefon – jutro odpowiedź”; pełnił także funkcję sekretarza redakcji „ŻW”.

 

Zakładał mutację „ŻW” - Życie Radomskie; przez wiele lat współpracował z Muzyką i aktualnościami pr. I PR – „Kartka z Zakopanego od Marka Różyckiego”; także – z wieloma tytułami, m.in. Echem Krakowa, Gazetą Krakowską, Życiem Literackim, Przekrojem, Przygodą – dodatkiem "ŻW" – gdzie pisał opowiadania oraz z chicagowskim Relaxem USA i francuskim Lekipp.

 

Marek Różycki (senior) był pomysłodawcą ogólnopolskich akcji na łamach Życia Warszawy, które podchwyciła TVP m.in.: Bank Miast, Zwyczajni – niezwyczajni, Żyjmy zgodniej.

 

Nr. leg. Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich /0089/; od 1982 r. Stowarzyszenia Dziennikarzy RP: /3176/. Marek Różycki (senior) nie używał nigdy swojego pierwszego imienia: Jan.

 

Marek Różycki senior używał m.in. pseudonimów: Andrzej Poleski, Andrzej Monkiewicz; teksty, felietony podpisywał także skrótem: marr, emer.

 

Legitymacja dziennikarska redakcji „Życia Warszawy” nr. 10.

 

Odznaczenia:

 

Złoty Krzyż Zasługi /nr: 1769-74-36/,

Krzyż Kawalerski OOP /nr: 3135-79-12/ 

 

*************

Marek Różycki senior z właścicielem willi "Cicha" - prof. Karolem Kłosowskim, ostatnim młodopolskim malarzem.....

 

Red. Marek Różycki senior (1922 -1995)

To już ponad 19 lat minęło od śmierci społecznika i redaktora starego „Życia Warszawy”, Marka Różyckiego seniora. Był wielkim przyjacielem górali, gdy pełnił funkcję korespondenta „ŻW” oraz radiowej „Muzyki i Aktualności” z Zakopanego i południowej Polski.

 

Marek Różycki (senior) postać bardzo dobrze znana w Zakopanem. Wielki społecznik. Górale z Zakopanego i okolic – wciąż odwiedzali „oddział redakcji”, którym było wynajęte mieszkanie w przepięknej willi „Cicha” na Kościeliskiej 42. Właścicielem willi był słynny prof. Karol Kłosowski, ostatni młodopolski malarz i wykładowca w Szkole Koronkarstwa im. Heleny Modrzejewskiej. Marek Różycki ( senior), jak na prawdziwego Dziennikarza przystało, mocno angażował się w sprawy sądowe między góralami. W zapale swym i chęci niesienia pomocy innym bywało, że zapominał iż zarobiona wierszówka nie wystarczy nawet na wykupienie węgla na ostre zakopiańskie zimy… Wówczas to rodzinę Różyckich ratował prof. Karol Kłosowski… Górale swym zwyczajem sądzili się i procesowali o wszystko. Takimi procesami były i są nadal „procesy stulecia” o miedzę, o przejazd na własne pole. Zwaśnione rodziny siedziały w więzieniach, gospodarki podupadały, a prawnicy traktowali procesujących się górali niczym „dojne krowy”. Czyli Kargulowe (czytaj: góralskie) problemy i spory urastały to wielkich procesów nakręcanych przez prawników widzących w tym swój wieloletni zarobek.

 

Redaktor Różycki był perfekcjonistą. Jego pokój w przepięknej zakopiańskiej willi "Cicha" zawsze był ciemny od dymu papierosowego. Stosy kartek na stole, na podłodze. Atmosfera pracy, zaangazowania. Willa wypełniona była rytmicznym stukotem maszyny do pisania. Często włączał się dalekopis ( daleki protoplasta Internetu) – to ktoś nadawał jakieś ważne, niecierpiące zwłoki, informacje z redakcji a bywało, że i z różnych instytucji z całej Polski.

 

Kilka razy w miesiącu pod „Cichą” podjeżdżał radiowy Robur  z własnym agregatem prądotwórczym. Technicy przeciągali kable przez piękny ogród i okno do pokoju – „redakcji”. W ten to sposób korespondent mógł nadać „Kartkę z Zakopanego od Marka Różyckiego”… Wielu z nas pamięta jeszcze audycje bezpośrednio nadawane  (także telefonicznie)  na żywo do studia radiowego „Muzyki i Aktualności”.  Natomiast w redakcji „Życia Warszawy” – były tak biegłe maszynistki, że natychmiast i bezbłędnie przepisywały teksty czytane przez telefon. Następnie tekst odczytywały „zwrotnie”, by przeprowadzić ewentualną korektę interpunkcji.

 

Kiedyś liczył się profesjonalizm oraz interdyscyplinarność w dość elitarnym zawodzie dziennikarza. Dziennikarze cenili sobie swój warsztat pracy i każdy kolejny adept zamierzający być dziennikarzem równał w górę. Dzisiaj – ceni się inny warsztat pracy sensacja, plotka, pomówienia, nie dyskrecje. Ale też trudno dziwić się dziennikarzom skoro celebryci, artyści i inni ludzie związani ze szklanym ekranem (i nie tylko) dostarczają im tak płaskich okazji czy miernych sensacyjek. Nadmiar informacji docierających do odbiorcy sprawia, że wracamy do pisma obrazkowego i krótki tekst, duuuże zdjęcie i poczytność gotowa. Jeżeli nawet minął się dziennikarz z prawdą – to się przeprosi. Szkaluje na pierwszej stronie wielkimi literami, przeprasza gdzieś w środku drobniutką czcionką.  Stąd taki popyt na brukowce, bulwarówki i tabloidy, których wydawcy kierują się wyłącznie jeno zyskiem liczonym w liczbie sprzedanych egzemplarzy! A może takie potrzeby SA obecnego społeczeństwa, a przynajmniej jego znacznej części. To bulwarowi dziennikarze tworzą „sezonowe gwiazdy” (wpływowych polityków) wynosząc na wyżyny sławy by następnie wrzucić w przepaść zapomnienia. Bardzo często używają do tego rzekomo prawdziwych informacji z ich  prywatnego życia.

 

W świecie szybko tracącej wartość i znaczenie informacji brak miejsca na wysoką kulturę. Skandale i brak prywatności oraz różnego autoramentu pomówienia i złośliwe przeinaczanie zdań z wypowiedzi wyrwanych z kontekstu…  Ale też, proszę zauważyć, że jeżeli komuś ze sławnych ludzi zależy na zachowaniu szacunku do siebie i swych bliskich dziennikarze nie mają do nich dostępu.

 

Zaginęła  Kultura Rozmowy. Współczesny dziennikarz - zaprasza gościa - rozmówcę tylko po to, by udowodnić SWOJĄ Z GÓRY PRZYGOTOWANĄ I ZAŁOŻONĄ  TEZĘ. Naturalnym stało się, że dziennikarz bezceremonialnie i mało kulturalnie przerywa wypowiedź gościa - rozmówcy, zbijając go z tropu, uniemożliwiając wypowiedzenie się. Zmienia się społeczeństwo, media gonią by nie stracić z nim kontaktu i spada poziom i kunszt zawodu dziennikarza. Świat zrobił się mały, obecnie już prawie nie ma polskich mediów. Zostały wchłonięte przez potężne koncerny prasowe.

 

Nie wystarczy napisać świetny tekst. Trzeba go umieć "sprzedać" tak, by Czytelnikowi wpadł w oko. Oczywiście i w tej dziedzinie nie należy "przesadzać"..... Pamiętajmy jednak o asocjacjach umysłu. Pamiętacie jeden z najciekawszych tytułów, jaki dawniej przyciągnął uwagę wszystkich? Tekst o naszym znakomitym kolarzu, Ryszardzie Szurkowskim: "CUDOWNE DZIECKO DWÓCH PEDAŁÓW".

A kto pamięta tekst Marka Różyckiego (seniora): "DO ŻŁOBU PRZYZWYCZAJAJĄ SIĘ NAWET ZWIERZĘTA"…

A tekst był o Tatrzańskim Parku Narodowym i jego problemach ze zwierzyną. Latem zamiast żywić się trawą i inną roślinnością zwierzęta kolędowały pod pustymi w tym czasie żłobami i paśnikami  rozsianymi po całym Parku Tatrzańskim.

 

Różycki uwielbiał Zakopane, jego żona Warszawianka była szczęśliwa, gdy w 1969 roku został przeniesiony do Warszawy. Tu w swej ukochanej redakcji współredagował dział Państwo i Prawo. Następnie przejąć kierowanie Działem Społecznym, a także działem ekspertów – Dziś telefon - Jutro odpowiedź”.

 

Bywa, że nazwisko przeszkadza lub pomaga. W tamtych latach trudno było zmieniać decyzje władz. Marek Różycki otrzymując wiele listów i interwencji od Olsztynian żalących się na skorumpowanego i uwikłanego w rozmaite miejscowe koterie i „układy”, prezydenta miasta - napisał tekst interwencyjny pt.: "KTO WRESZCIE USUNIE MARKA RÓŻYCKIEGO?!". Zbieżność nazwisk i imion przypadkowa, ale w tu skuteczna. Takie imię i nazwisko nosił ówczesny prezydent Olsztyna i autor artykułu: Marek Różycki. Tekst był oczywiście podpisany: Marek Różycki… Interwencja okazała się skuteczna, bowiem „odpowiednie czynniki” przeprowadziły kontrolę i dyscyplinarnie usunęły Marka Różyckiego z funkcji prezydenta. Przy czym wielu Czytelników gratulowało odwagi red Różyckiemu, który nie obawiał się w sumie „ośmieszania” nazwiska, które i sam nosił był.

 

Uważam, że jego warsztat dziennikarski ukształtował się dzięki temu, że w swej karierze przeszedł przez wszelkie możliwe funkcje w redakcji „Życia Warszawy”: linotypista, zecer,  „depeszowiec”, gdzie uczył się tak ważnej „funkcji” skrótów informacji (sama pamiętam jedno z pierwszych zajęć z dziennikarstwa polegało na napisaniu informacji krótkiej, by w kilku zdaniach zawrzeć „kwintesencję esencji” Przekazu – Informacji – nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, jakie to trudne J). Dalej szlifował warsztat we wszystkich działach: społeczny, reportażu, publicystyki, kulturalny, a nawet – sportowy… Jak by tego było mało poznał trudną SZTUKĘ PLANOWANIA NUMERU, REDAGOWANIA TYTUŁU i ADIUSTACJI, by tekst niejako ubogacać, ale w „zastanej” konwencji piszącego – należało niejako „wejść w jego buty” i dalej pracować nad tekstem.

 

       Od 1970 roku dziennikarz funkcyjny. Nie miał przymusu pisania. Nie byłby sobą gdyby zaniechał pisania. Publikował bardzo wiele tekstów interwencyjnych o społecznym wydźwięku. Szczególnie interesowały go stosunki międzyludzkie. Stąd też pojawił się pomysł Ogólnopolskiej Akcji: „Żyjmy Zgodniej”. Potem mianowano go sekretarzem redakcji – w zakresie Jego obowiązków było redagowanie i adiustacja tekstów oraz przypadało też podpisywanie w drukarni numeru do druku, po bardzo wnikliwej lekturze wszystkich kolumn, po przejrzeniu ich przez zespół korektorów. 

 

Marek Różycki senior był też gościnnym wykładowcą na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego.  Miałam przyjemność czytać jego notatki. Zapisywał najważniejsze informacje, które przekazywał studentom. Pomagała mu w tym wieloletnia praktyka w zawodzie dziennikarza. A ten zawód stał się największą miłością Jego.

 

„Dobry dziennikarz musi mieć coś więcej niż tylko dociekliwość i sprawne władanie słowem i piórem. To oczywiście konieczne minimum w pracy dziennikarza, ale niewystarczające, by legitymować się znajomością tajników tego zawodu. Najważniejsze jest opanowanie warsztatu dziennikarskiego, ale też potężne własne zaplecze intelektualne, które zdobywa się przez długie lata nauki opanowywania trudnej sztuki dziennikarskiego rzemiosła. Nie wystarczy dać sztandarowy tytuł, ale trzeba znać asocjacje myślowe, różnorakie konteksty itd. itd. itd. Dziennikarz zawodowy - musi znać i czuć odpowiedzialność za słowo oraz kodeks etyczny, który jest dla niego drogowskazem, jak przysięga Hipokratesa”.

Nie tak dawno rozmawiałam ze wspaniałym dziennikarzem radiowym Henrykiem Grzonką (prezesem Radia Katowice) właściwie powiedział mi to samo. Dzisiaj dziennikarstwo rządzi się innymi prawami, a szkoda.

 

Dla mnie MAREK RÓŻYCKI (senior) to przede wszystkim to DZIENNIKARZ  ENTUZJASTA, „ZAPALENIEC”, KTÓRY CAŁE SWOJE ŻYCIE PODPORZĄDKOWAŁ I POŚWIĘCIŁ DZIENNIKARSTWU…

 

 

--------------------------------------------------------------

Informacje pochodzą z archiwum Stowarzyszenia Dziennikarzy RP i prywatnych pamiątek rodzinnych po Marku Różyckim (seniorze)

 

JW