Kalendarz » Polska

    Brak wydarzeń.

Artysta zmartwychwstały

Autor: Renata Diaków 14 stycznia 2014, Nowogród Bobrzański

Stacja I

Artysta skazany na śmierć

 

Zadrżyj, ma duszo, oto Stwórca świata

Skazał mnie na śmierć, choć nie przez Piłata!

Za moje grzechy życie swe ja – Syn Boży,

Na krzyżu złożę.

 

 

(…)

Ojciec z matką mnie spłodzili, bo kto inny byłby tak odważny? Żaden Duch Święty nie maczał w tym… skrzydeł. Nie było objawienia, ale było zesłanie. Tak, ZESŁANIE, to słowo dobrze oddaje moje przyjście na ten świat. Ciało, cóż, jest dziełem procesu tworzenia, ale moja dusza została zesłana jakby za karę. Tylko za co ta kara, ta zsyłka? Jeśli za poprzednie wcielenie, to jestem w stanie ją przyjąć, choć nie bez oporu, bo to zupełne zaskoczenie. Ciało, to co innego. Forma była do przewidzenia. Patrząc na moich rodzicieli, doszedłem do wniosku, że będzie to połączenie zwiastujące intrygujący rezultat. Ojciec mój przystojny był, a jakże! W dodatku kobieciarz. Błękitne oczy po nim odziedziczyłem. Poza tym kolejarz, łeb miał mocny, dopóki nie dostał śrubą, co się jej gwint zerwał podczas naprawy torów. Od tamtego wypadku pił już tylko kroplówki. Matka bufetowa. Też miała tęgi łeb. Nieraz dostała kuflem, który wycelowany w Józka lub Stefana trafiał w jeden z filarów i rykoszetem rozwalał jej łuk brwiowy. Zszywali jej te łuki brwiowe do czasu, gdy poznała Olka, czyli mojego ojca. Wtedy wyszła z knajpy i już tam nie wróciła. Po niej dostałem w spadku całą swoją urodę, która nie raz przysporzyła mi więcej problemów niż korzyści.

Jak widzisz, bracie, to kolejny dowód na to, że nie jestem wolnym człowiekiem. Bo co to za wolność, kiedy z góry wszystko jest przesądzone. Matka z ojcem w genach mi to przekazali. Też mi spadek. Oboje mieli mocne głowy. Dobry materiał, przedwojenny. Nawet w tę lipcową noc, gdy miałem stać się żyjącą istotą, pod ławką, na której dokonywał się akt stworzenia, leżały dwie puste butelki po winie marki Wino. Sam widzisz, bracie, że nie miałem szans na czyste, trzeźwe życie. Powiem więcej. Ta ławka stała w parku przed budynkiem sądu. To już była przesada. Jakby nie mogli wybrać innej. Teraz rozumiesz, dlaczego listonosz wrzuca do mojej skrzynki tylko pisma urzędowe? A tak, nie powinienem użalać się nad sobą. W końcu, bądź co bądź, jestem urodzony w czepku. Nic naprawdę złego nie mogło mnie więc spotkać. (…)

 

 

 

Stacja II

Artysta bierze krzyż na ramiona

 

Zatem z drżeniem biorę krzyż w ramiona,

Ustami całuję, chociaż pod nim skonam,

Lecz swoją śmiercią imię Boga wsławię,

A siebie zbawię.

 

 

 

(…)

Jedną z takich twórczyń miejscowego folkloru była nasza sąsiadka Kańkowska. Wyzywały się z moją matką niemal codziennie. W najlepszym wypadku kończyło się na obelgach i pluciu na psa urok, jednak częściej dochodziło do wymiany nie tylko werbalnej. Raz po raz Kańkowska wynosiła wiadro z pomyjami i wylewała je pod nasz próg. Bywało także, że zabrakło jej argumentów – wtedy zadzierała pasiaste obfite spódnice i wypinała się na matkę swoim folklorystycznym tyłkiem przyodzianym w barchany, które nijak nie przywodziły na myśl piaszczystych wydm Kalahari[1]. Konfrontacja była nieunikniona, gdyż nasz ogród znajdował się naprzeciw domu Kańkowskiej. Gdy siedziałem na strychu, miałem widok dokładnie na jej podwórko i nasz ogródek warzywny. Wyobraź sobie. Kończy się dzień. Letni dzień. Na trawie krwawo lśni rosa od purpury zachodzącego słońca. Słychać trele ptaków i zalotne cykanie świerszczy. Przed dom wychodzi Kańkowska i wynosi wielką miedzianą miednicę. Stawia tę miednicę na trawie pod naszą jabłonką. Wraca do domu. Po chwili wynurza się z sieni, trzymając w pulchnych dłoniach ceramiczny dzban, z którego bucha para. Podchodzi do miednicy i wlewa do niej gorącą wodę z dzbana. Znów idzie do domu. Po chwili wraca z cynowym wiadrem. Dolewa do miednicy trochę zimnej wody i miesza zawartość pulchną ręką. Gdy stwierdza, że temperatura wody jest w sam raz jak na tę porę roku, rozpina białą lnianą koszulę. Bracie, to był widok. Koszula miała tylko cztery guziki, ale ich rozpięcie, bracie, wydawało się trwać tyle, co cztery pory roku. Każdy guzik to kolejny milowy krok w głąb studni, na dnie której bije źródło tajemnicy, jaką jest rozkosz. Przez chwilę poczułem się jak Alicja z krainy czarów. Spadałem coraz głębiej i głębiej, a gdy dotknąłem dna, doznałem olśnienia. Chociaż nie ujrzałem magicznego stolika, a na nim zaczarowanych ciasteczek i karteczki z napisem „Zjedz mnie”, to stało się coś, co onieśmieliło mnie bardziej niż widok za oknem. Otóż raz rosłem, raz malałem. Robiło mi się ciemno przed oczami, a potem znów rosłem i malałem.

Kańkowska rozpięła ostatni guzik i rozchyliła koszulę niczym łabędzica szykująca się do lotu. Ta kobieta mogłaby być w tej chwili muzą dla każdego artysty. Miała piersi, jakich nigdy więcej nie dane mi było podziwiać, no chyba że na płótnach Rubensa. Objęła najpierw lewą pierś, pochyliła się nad miednicą i wrzuciła ją do miedzianego naczynia. Woda wzburzyła się, uderzyła o połyskujące w zachodzącym słońcu brzegi i roztrysnęła się na boki, tworząc bryzę. Poczułem jej orzeźwiający chłód na twarzy i gorący płomień w dole brzucha. Pierś Kańkowskiej tonęła, a ja jak przez mgłę widziałem biały żagiel ręcznika, którym kobieta wycierała to mokre cudo. Po obejrzeniu drugiej części rytuału byłem już u kresu wytrzymałości, ale to miało być zaledwie preludium do klasycznej sonaty na jeden instrument. Gdy biały żagiel wychłostał drugą pierś Kańkowskiej i koszula znów zamknęła swoje wrota, stała się rzecz, która mnie powaliła. Kańkowska dolała trochę wody z dzbana, po czym zadarła fałdzistą spódnicę w tęczowe pasy i kucnęła okrakiem nad miednicą. Wolną dłoń zanurzyła w wodzie, nabrała nią nektaru i chlusnęła nim w czarną kępę między udami. Nic więcej nie pamiętam. Zemdlałem czy zasnąłem? Nie wiem. Na chwilę tylko otworzyłem oczy, gdy ujrzałem twarz ojca, pojąłem, że znalazł mnie i przenosi do łóżka.

Długo śniłem o piersiach Kańkowskiej. (…)

 

 

 

           Stacja VI

Nieświęta Weronika ociera twarz artyście

 

Litością tknięta córka – Weronika

Chustą ociera lice chudożnika.

Artysta ją w zamian wizerunkiem darzy

Swej smutnej twarzy.

 

 

(…)

Moje podróże trwały w najlepsze. To, co przehandlowałem na jednym dworcu, stawało się środkiem płatniczym na kolejnym. We Lwowie na wakzale przechwyciła mnie słodkousta Tania. Nie wiem, czy była tania czy droga, bo ja dostałem jej słodkie usta gratis za dobrze ubity interes. Wymieniłem trochę dżinsowych spodni i katan za czerwone szampany, kawior w puszkach i złoto. Tania prosto z wakzała zabrała mnie do swojego M1 w stylu ruskim.

Na środku małego pokoiku stał drewniany okrągły stół, a przy nim dwa krzesła. Pod oknem, w którym szyby wymalował mróz, stała rozłożona wersalka. W kącie dymił żeliwny piecyk, który oddychał gorącym dymem przez blaszane gardło wystawione na zewnątrz przez dziurę wybitą w ścianie. Toaleta była, owszem, ale nieczynna, bo rury popękały i trzeba było schodzić do wychodka ukrytego za blokiem. Na kolację Tania podała słoninę z czosnkiem i wódką, na zapitkę gorący czaj z samowara stojącego na stole pity po rusku, czyli ze spodka zamiast z filiżanki. Potem noc, z której pamiętam tylko słodki smak ust Tani. Na śniadanie był kac gigant, czaj i ponownie słodkie usta Tani. Potem już tylko długa podróż, nie wiem dokąd. Jechaliśmy ruskim samochodem, po ruskich drogach, przez ruskie lasy. Nic nie widziałem, nic nie słyszałem. Dobrze, że w ogóle mogłem oddychać. W środku ruskiej nocy wysiedliśmy z ruskiego samochodu wprost na ruskie wesele koleżanki Tani. Jak się później okazało, trwało tydzień i jeden dzień. Zapamiętałem tylko bielone ściany, legowisko na zapiecku wymoszczone baranimi skórami i kolorowe hafty – ruskie i moje. Nie wiem, czy byłbym w stanie się obudzić z ruskiego snu, gdyby nie głos wrzeszczący od piątej rano z Prijomnika: „Witaj, ludu pracujący, dumo Sowietskogo Sojuza! Wstaje świt, czas ruszać do pracy, do kołchozu, do krów, które trzeba wygnać na pastwisko. Trzeba wypracować normę, bo lepsza praca, to lepsze jutro!”.

Po tych ośmiu dniach byłem przedestylowany jak spirytus, którego widoku, smaku i zapachu nienawidzę do dziś. Choć w krótkim czasie znów musiałem się z nim zmierzyć, ale tym razem miał mi uratować życie. Zachorowałem na zapalenie płuc. Przez dwa tygodnie leżałem na zapiecku pod pierzyną z bańkami parującymi spirytusem na plecach. Na Węgry pojechałem jak nowo narodzony. W tubie na rysunki przemycałem złoto, walutę, za którą miałem wykupić się z problemów po powrocie do Ojczyzny. Tuż przed granicą pociąg się zatrzymał. Ciemno. Dookoła tylko las i zima. Z zewnątrz było słychać jakieś dziwne poruszenie. Jak cokolwiek może się ruszać przy trzydziestostopniowym mrozie? Ruscy sołdaci mogą. Są sprawni i zdrowi. Natura funduje im darmową krioterapię. Renek, mój towarzysz podróży, abstynent, cały sparaliżowany ze strachu. Krople potu stróżkami spływają mu po pulsujących nadmiarem wrażeń skroniach. Patrzę na niego, na zamknięte na amen okna i termostat, który nie działa. Jeszcze chwila i Renek dostanie drgawek, zacznie majaczyć i cały przemyt szlag trafi. Cóż było począć. Musiałem się poświęcić dla dobra nas dwojga. Odkręciłem butelkę z ruskim samogonem i duszkiem wypiłem niewielką część jej zawartości. Zakręciło mi się w głowie, ale zbliżające się krzyki były coraz bardziej rzeczywiste, a groza sytuacji niemalże namacalna, więc nie zważając na moje samopoczucie i na głupią minę kolegi, wypiłem jeszcze. Po kilkunastu minutach do naszego przedziału weszło trzech mundurowych. Zaczęło się przesłuchanie. Przez chwilę czułem się jak jawny wróg bolszewizmu, którego już nic nie uratuje, bo siedzi w wagonie z oknami, których nie można otworzyć, można tylko przez nie popatrzeć, żeby uświadomić sobie, dokąd ten skład zmierza. Choć oblepiała nas ciemna noc, zdawało mi się, że widzę biel, że stoją przed nami sanitariusze w białych fartuchach, że za chwilę zwiążą mnie w biały kaftan i tak obezwładnionego wrzucą na furmankę, i wywiozą do psychiatryka. W głowie słyszałem okrzyki protestu poety Iwana Bezdomnego: „Dranie!… Dranie!…”[2]. Te słowa same cisnęły mi się na język. Na szczęście nim zdążyły się wyswobodzić, na białym ekranie zaczęły migotać kolorowe światła. Słyszałem jak przez sen rozmowę stróżów sowieckiego prawa, którzy już rozszyfrowali, że ja chudożnik, że ja z Polszy, że w tej tubie tylko moje rysunki z podróży. Jeden z nich, pewnie miłośnik sztuki, chciał zajrzeć do środka i odkręcał już podwójne dno. W tej chwili oszołomiony paletą barw wygenerowanych przez mój mózg, choć podejrzewałem Drugiego o współudział, rzygnąłem przed siebie, bo przez okno nie mogłem, równie kolorową zawartością żołądka. „Chudożnik, pijanica, psia jewo mać!” Do końca podróży nikt nas już nie kontrolował. Mogłem wytrzeźwieć. Renek potrzebował więcej czasu, żeby odzyskać utraconą klarowność świadomości. Trzeźwiałem w rytmie turkocącego pociągu. Reszta nocy minęła spokojnie. Uśpiony kolejową kołysanką śniłem o kobiecie, z którą mógłbym przeżyć to, czego nie mogłem przeżyć sam. Gdzież ją odnajdę?

(…)

 

Stacja IX

Artysta po raz trzeci upada pod krzyżem

 

Przypatrz się, duszo, artysta się słania

I po raz trzeci pada z wyczerpania.

Leży jak robak w prochu przydeptany,

Sponiewierany.

 

(…)

Musiałem się podnieść. Musiałem sobie przypomnieć. Czułem się odpowiedzialny. Za siebie, za Jana, za ludzi, za miłość. Za siebie, gdyż tylko ja mogłem nieść swój krzyż. To jedyna droga do prawdy. Za Jana, by nigdy nie zapomniał o przywracaniu mnie światu, o wyrywaniu mnie z objęć ciemności. Za ludzi, za nich szczególnie, zwłaszcza tych niewidzących, bo oni nie wiedzą, czym jest ciemność, a więc są najbardziej narażeni, są bezbronni. Za dziewczynkę skaczącą na skakance, by nigdy ciemności nie ujrzała. Za miłość, tę prawdziwą, jedyną, w którą wierzę i na którą czekam, bo ona daje moc czucia i widzenia tego, co jest niewyczuwalne i niewidzialne dla zmysłów, jest jak powietrze w świecie, w którym nie da się już żyć niczym innym. Nade wszystko pragnąłem miłości, takiej, która rozgrzeszyłaby moje sumienie. (…)

Tymczasem ja stałem przed białym płótnem, nie wiedząc, kim jestem i zastanawiając się nad sensem mojego tutaj trwania bez nadziei, bez ludzi, bez miłości. Gdy stałem przed oknem, odczuwałem lęk, bo z pejzażu zniknęła dziewczynka skacząca na skakance. Szybko pobiegłem na poddasze, by sprawdzić, czy nie zniknęła także z mojego obrazu. Wciąż tam była. To przyniosło mi chwilową ulgę. Wtedy znów stanąłem przy otwartym oknie i próbowałem sobie przypomnieć jej spontaniczną radość, jej beztroski śmiech. Wsłuchiwałem się w jednostajną ciszę, z nadzieją, że usłyszę choćby echo magicznej mantry, którą szeptała, przeskakując nad wirującym sznurem skakanki. Chciałem poczuć aurę niesamowitości, którą zawsze roztaczała wokół. Niestety, moja pamięć okazała się ułomna. Dziewczynka bardziej istniała w moich odczuciach niż w pamięci, dlatego nie ukrywałem się już za muślinową firaną i namalowałem Pejzaż bez skaczącej na skakance. Gdy spojrzałem na stworzone dzieło, poczułem się bardzo samotny. Szukając pocieszenia, uparcie wpatrywałem się w stojący nieopodal krzyż i myślałem o twojej, bracie, samotności. Trzymałem się tej myśli, bo choć była przepełniona smutkiem, pozwalała mi zrozumieć sens istnienia, jeśli istnienie może mieć sens. Gdy tak patrzyłem na twe przybite do krzyża ramiona, pojąłem, że nie jestem więźniem swego przeznaczenia, ale jego wypełnieniem. Jeśli coś mnie zniewala, to z pewnością nie przeznaczenie, ale moje lęki, wstyd, nieśmiałość, uprzedzenia. Myślę, że tak właśnie jest. W przeciwnym razie Bóg byłby stwórcą niewolników, co byłoby sprzeczne z Jego boską naturą miłości, której jestem przecież dowodem istnienia. Pogodzony z własnym losem stwarzałem dalej ów pejzaż, myślałem przy tym o dziewczynce skaczącej na skakance, która zniknęła i pozostawiła puste w nim miejsce. Nie mogłem go wypełnić, bo nie wiedziałem, jaką barwą wyrazić tęsknotę.

 

 



[1] Barchany to także rodzaj pustynnej wydmy w kształcie sierpa księżyca, występujące głównie na Saharze i na pustyni Kalahari.

[2] Michaił Bułhakow, Mistrz i Małgorzata

 

Oddaj swój głos:
(6)
(>0)

Biznes »

3 lutego 2016 Regionalne Property Forum Katowice 11-12 lutego 2016 r. Międzynarodowe Centrum Kongresowe w Katowicach   Główne tematy...
28 stycznia 2016 Europejski Kongres Gospodarczy po raz ósmy zagości w Katowicach Główne nurty tematyczne   Katowice, 28 stycznia...