Kalendarz » Polska

    Brak wydarzeń.

Korzenie

Autor: Anna Ciupińska 10 stycznia 2014, Piechowice

 Volvo cichutko zatrzymało się na podjeździe. Wanda nie mając sił oderwać rąk od kierownicy westchnęła ciężko. Najchętniej nie wysiadałaby w ogóle z samochodu i została w nim na zawsze. Zrezygnowana wsparła czoło na dłoniach. Tkwiłaby w tej niezbyt wygodnej pozycji, aż do samej śmierci pewnie, gdyby nie odźwierny Tomasz, który zaniepokojony jej zachowaniem podszedł do samochodu i najpierw delikatnie, potem coraz natarczywiej pukał w szybę. Przestraszona, że zaraz zaalarmuje pogotowie, albo nawet straż pożarną, uniosła rękę i odmachnęła w geście wyrażającym - w porządku, nic mi nie jest. Idź sobie. Ale Tomasz nie dawał za wygraną udając, że nie rozumie. W końcu zdeterminowany otworzył drzwi.

- Pijana jesteś, czy wykończona?- o pani?- dodał po chwili żartobliwie. A ponieważ nie odpowiadała pociągnął nosem i zamruczał - zmęczona, zmęczona bidulka. Chcąc jej pomóc, tonem nieznoszącym sprzeciwu rozkazał:

- Nóżki razem i na zewnątrz proszę. O, tak właśnie, torebka jeszcze i ten czemadan. Dasz radę? upewniał się- ja odprowadzę samochód, a ty, kierunek winda i lulu.

Kochany Tomasz – myślała wlokąc torbę. Zawsze przy niej był, kiedy potrzebowała pomocy, słodkiej bułki, bądź zwykłej rozmowy. Czasami, kiedy miała chandrę schodziła do jego dyżurki, by podyskutować o tym i owym. Nigdy jej nie zawiódł. Za to często zmieniał jej spojrzenie na sprawę. Zawsze brała jego punkt widzenia pod uwagę w rozstrzyganiu problemu, który ją nurtował. Proste  rady, trafiające w sedno, obiektywne, były jej niezwykle pomocne. Obce mu też były uprzedzenia i nienawiść. Cieszył się zawsze z jej odwiedzin. Jednakże, kiedy patrzył na nią, widziała smutek, tak bezbrzeżny, iż pewna była, że tkwi w nim drugie, a może i trzecie życie. Nie mniej jednak, żegnała go zawsze pokrzepiona. Przyrządzał jej czekoladę z odrobiną rumu i sącząc ten genialny napój godzinami rozmawiali. Kiedyś spytała, dlaczego taki mądry, przystojny chłopak nie ma dziewczyny. Zapytał bardzo poważnie - czy chciałaby nią zostać. Głupio jej się zrobiło i pod byle pretekstem zwiała do siebie. Tu, na górze, czuła się bezpiecznie. Mimo to, był dla niej najlepszym druhem. A teraz szła noga za nogą, zataczając się jak pijak, pod ciężarem teki z papierami, którą Tomasz zawsze nazywał „ruskim czemadanem”, albo wyrzutami sumienia. Chodziło o to, że na cokolwiek by nie miała ochotę, teka tkwiąca pod ścianą nie pozwalała zająć się czymkolwiek, dopóki nie przejrzy wszystkich papierów, i nie nakreśli planu działania na najbliższe dni. Teka zlekceważona, kuła w oczy, przeszkadzając zażyć jakiejkolwiek przyjemności. Wanda cały czas czuła na sobie jej karcące spojrzenie…   

A on patrzył jeszcze chwilę za nią, z prawdziwą troską w oczach. Wiedział, że była przemęczona, ale nie mógł jej pomóc. Tę walkę, musiała stoczyć sama. Ale żeby móc walczyć, trzeba najpierw do tego dojrzeć. Wanda zarządzała wieloma istnieniami. Jednym słowem, z racji zawodu, decydowała o ludzkim losie. Ale swoim pokierować, nie do końca potrafiła. A Tomasz, był tylko odźwiernym w luksusowym wieżowcu dla bogaczy, zwanym potocznie „gettem”. Również z racji wszędobylskiego monitoringu, ogrodzenia na trzy metry w górę i innych „szykanów”. Westchnął ciężko, pokręcił z dezaprobatą głową, po czym wsiadł do samochodu, o jakim sam mógł tylko marzyć. Przymknął z lubością oczy słuchając cudownego szmeru silnika. Uśmiechnął się z rozkoszą, jakby słuchał najpiękniejszych słów dziewczyny. Z zachwytem pieścił skórę siedzenia wdychając jej zapach. A skórka otulająca kierownicę… to było coś… Żadna skóra dziewczyny nie mogła się z nią równać. Tak przynajmniej myślał. Z radia, czy też płyty sączyła się filmowa muzyka, która włączyła się natychmiast po uruchomieniu silnika. Nie był wielkim znawcą, ale wiedział, że wykonawczyni zrobi karierę. Głos delikatny a jednak posiadający ogromną moc. Zachwycał od pierwszego dźwięku. Czysty jak kryształ, bujał, unosił w przestworza, płynął, uspokajał i niepokoił. Obiecywał, uwodził i czarował. W konsekwencji  wyciszał, ale nie tak normalnie jak odchodząca burza, tylko tak jakoś tęsknie i kojąco erotycznie. Nie bardzo umiał określić ten stan, ale wiedział, że to uczucie musi mieć jakiś związek z dziewczyną i miłością. Ponieważ wszystko to, co niepokojące, piękne i nieznane, miało z nimi związek. A kiedy piosenka się skończyła, poczuł pustkę. Jakby mu coś zabrano nim zdążył się rozsmakować. A przecież chciał, miał apetyt na więcej. W końcu klepnął się w kolano  i z cichym chrzęstem bielutkiego żwirku na podjeździe ruszył prosto w stronę garaży.

- Ach, gdybyś mogło być kobietą- westchnął wysiadając i pieszcząc nieskazitelny lakier, po czym roześmiał się w głos ze swojej głupoty – wesołych świąt- dodał patrząc  na koniakowe cudo, które w odpowiedzi miauknęło i porozumiewawczo błysnęło światłami.

Wanda przeciągnęła się, aż zatrzeszczały jej stawy. Otworzyła oczy, usiłując przypomnieć sobie, dlaczego jest jasno, dlaczego jeszcze leży w łóżku, dlaczego nie jest w pracy. Dlaczego, dlaczego i dlaczego? Pytań wiele a odpowiedzi brak. Szybki, prawie zimny prysznic rozjaśnił jej umysł. Parskając jak kot, energicznie wycierała wychłodzone podczas kąpieli ciało. Jeszcze suszarka do włosów, kilka machnięć tuszem po rzęsach, delikatna pomadka na usta. Przyjrzała się sobie krytycznie. Właściwie, po jakie licho się tak pindrzy? Przecież nigdzie się nie wybiera. Nikt również nie przyjdzie do niej. Jest Wigilia Świąt Bożego Narodzenia. Poczuła się głupio. Zawsze czuła się głupio jak nie pracowała. Zastanawiała się, jak zajmie sobie czas. Co też będzie robić. Trzy dni wolnego. Wieki całe. Postanowiła, iż na początek sporządzi listę zajęć, a potem systematycznie będzie realizować plan. To już było coś. Nigdy nie umiała działać bez planu. Zmotywowana, wyskoczyła z włochatego szlafroka i włożyła domowy dres. Takie coś porozciągane we wszystkie strony i miłe w dotyku. W czym się chodzi i czasami zasypia, i w czym zawsze wygląda się na osobę potrzebującą opieki kogoś starszego i mądrzejszego. Wielkie skarpety ze stoperami dopełniały całości. Listę sporządziła długą, ponieważ do zagospodarowania było aż trzy dni.  Już pierwsza pozycja nastręczyła trudności. Zjeść porządne śniadanie. Otworzyła lodówkę. Pusta, jeżeli nie liczyć światełka, zdechłego już listka sałaty, oraz zapomnianego jajka. Wygłodniała niczym tygrys przyglądała się pożądliwie temu jajku i miała nieodparte wrażenie, iż jak tylko dotknie jego skorupki, wyskoczy z niej kurczątko. Tymczasem lodówka pikała, ona głodna gapiła się na jajko, jajko urągliwie gapiło się na Wandę i kusiło:

- No, tylko mnie dotknij, bardzo proszę, zobaczysz jak cię zaskoczę.

 Zdechła zielenina również leżała na szklanej półeczce, zwiędła i upstrzona ciemnymi plamami, poskręcana jakby w ataku śmiechu. Zła, wywaliła język do lodówki i huknęła drzwiami, aż zajęczało szkło stojące w głębi szafek. Cały plan diabli wzięli. Musi wyjść po zakupy, a tego w planach nie było… Rozejrzała się za laptopem. Zamówi produkty przez Internet, nie wychodząc z domu. Ale laptopa nigdzie nie było. Zdezorientowana zajrzała do wielkiej torby, którą Tomasz nazywał czemadanem. Przekopała stos dokumentów, wszystkie przegrody po kolei i nic. Zrozpaczona wywaliła zawartość na podłogę. Nic. Wściekła, doszła do wniosku, że musiała go pozostawić w kancelarii. Tak, na pewno, uspokajała samą siebie. Nawet myśleć nie chciała, iż mogła go zostawić gdzie indziej. Odegnała czarne myśli i o dziwo, nagle poczuła ulgę. Nie do wiary! Przeanalizowała ponownie swoje uczucia i znów to samo. Ulga. Cholera, pomyślała, azaliż Wando będziesz się bezkarnie lenić? Znak to jakiś? Zbierając rozrzucone dokumenty, byle jak upychała je w przepastnej torbie. W bocznej przegródce wyczuła coś twardego. Zanurzyła dłoń i wyjęła czworokątny płaski pakuneczek. Niecierpliwie szarpnęła czerwoną mieniącą się wstążeczkę, rozdarła papier i jej oczom ukazała się płyta, na której ktoś napisał: „Praca powinna służyć doskonaleniu człowieka, a nie jego zagładzie Wesołych Świąt”. Zdumiona spojrzała na tytuł -Nabucco. Nieźle, a zatem przemyślne działanie. Tylko kto, kiedy i jak?

- Będziesz spać do woli. Będziesz leniuchować. Będziesz wymyślała, gdzie wyrzuty schować. I w piżamie będziesz włóczyć się bezkarnie. Tylko kto, kochana dziś ciebie nakarmi? Wyśpiewywała pełnym głosem na melodię piosenki Grechuty „Będziesz moją panią”.

  Nie będę pracowała w święta w domu. Ha! I nagle wszystkie skrupuły pochowały się po kątach, a w Wandzie rozkwitała powoli radość ogarniając ją od głowy aż po same stopy. Nucąc razem z radiem kolędy kręciła się po mieszkaniu, obmyślając sobie jakieś zajęcia na pozostałe dni.

- Boże, czym zająć czas?

 - Wandziu, idź po zakupy, bo zdechniesz z głodu przez święta- przeleciało jej przez głowę.

Ze zmarszczonym czołem, szybko ubrała się do wyjścia. W myślach już robiła potrzebną listę zakupów i prezentów dla siebie. Jeszcze chwilę zastanawiała się, jechać, czy iść, ale doszła do wniosku, że świąteczne zakupy powinny mieć w sobie coś z szaleństwa i będą dużo większe od pudełka jogurtu, toteż ostatecznie postanowiła użyć samochodu. 

 Olśnienie przyszło, kiedy zobaczyła napis nad drzwiami. Księgarnia!- To jest to!

- Umiem czytać! Tak, kupię sobie książkę, najgrubszą, jaką znajdę. I uradowana zatrzymała się przed księgarenką. Weszła, zaciągając się wszędobylskim zapachem książek. Uwielbiała specyficzną woń farby drukarskiej. Zawsze w takim otoczeniu czuła się pewnie i na swoim miejscu. Z przyjemnością buszowała między regałami.  Wyłowiła grubaśny tom „Listy Lem  Mrożek” A w świątecznym prezencie dostała od sprzedawcy, przemiłego staruszka, niebieskiego Harlequina. I czy jej się wydawało, czy jego oczy, zupełnie nie pasowały do pomarszczonej twarzy? Piękne, bystre, brązowe jak laskowe orzechy oczy… Mądre i przenikliwe zarazem… I czy przypadkiem jak darował jej książkę, nie widziała w nich spisku i przekornych błysków? Dziwne, bardzo dziwne… Koniec końców stwierdziła, że cierpi na skrzywienie zawodowe. Machnęła ręką i wrzuciła zakupy do samochodu ruszając na dalsze świąteczne łowy.  

Kilka godzin później, zmęczona, ale szczęśliwa, zarzuciła pakunkami nieskazitelnie czysty, szklany, kuchenny stół. Porządek i harmonia panująca na ogół w jej mieszkaniu, należały już do przeszłości. Wszędzie walały się kolorowe opakowania. Wszystko porozrzucane, a ona, ona kupiła sobie niewielką żywą choineczkę i szczęśliwa jak nigdy ubierała ją, ciesząc się przy tym jak dziecko. Z prawdziwą radością  wieszała ozdoby. Prawie każda miała swoją historię… Ot, jak chociażby te piękne maciupeńkie różowe baletki, które dostała od taty… Albo złoty tornister od mamy… Albo piękna sowa, którą dostała od obojga rodziców po ukończeniu studiów… Albo to, przepiękne szklane czerwone serce, które dał jej na osiemnaste urodziny  pewien zasmarkany dzieciak, który… I tu, usiłowała przypomnieć sobie młodzieńca od najgorszej strony, ale jakoś dziwnie nie mogła. Czyżby ją pamięć zawodziła?  Zapatrzyła się za to, w cudowne, mieniące serce, zaczarowała… Dzisiaj okazjonalnie nie daje się bombek, dzisiaj daje się ewentualnie zawieszki do bransoletki, które symbolizują ważne życiowe wydarzenia, lub miłość… Miłość, miłość, cóż to jest, ta miłość? Czy kiedyś? Czy ja? Czy dane mi będzie? I już, już zaczęła ogarniać ją melancholia, kiedy z szarego papieru, jakiego już w sklepach nie ma od lat, wyjrzała głowa dziadka do orzechów. Ach, to znowu on, ten smarkacz.  Ofuknęła się, lecz z czułością i bardzo ostrożnie postawiła brzydactwo pod choinką. Nie znosiła aroganckiego, młodszego od niej o całych pięć lat smarkacza, który wiecznie łaził za nią z kozikiem i strugał różności, z czego popadło. Konie, twarze, świątki… Wszystko potrafił wydobyć z kawałka nieforemnego korzenia. Oganiała się od niego jak mogła. Był jej utrapieniem przez całe dzieciństwo i młodość. I co dziwne, chociaż nie lubiła go serdecznie, nigdy nie wyrzuciła prezentów, jakie od niego dostała. Ani serca, ani dziadka do orzechów. Ani też  kartonu innych drobiazgów. Ale też nigdy, przez tyle lat nie otwierała tego pudła będącego kwintesencją wspomnień… po prostu nie było takiej potrzeby. No właśnie… potrzeby.

-Czyżby teraz? Dzisiaj? Ona, ta potrzeba nagle zaistniała? - zastanawiała się marszcząc śmiesznie nos i spoglądając na niewielką, lipową, starą jak świat figurkę dziadka - wątpię i uśmiechnęła się do swoich myśli, które właśnie zaczęły się wymykać spod kontroli.

 Potem postawi go przy orzechach. Tymczasem niech sobie tutaj postoi. Tu, pod gałązką srebrnego świerczka znikała cała jego brzydota. Tutaj był piękny. Dobrze pamiętała, dlaczego go dostała. Symbolizowała twardy orzech do zgryzienia, a  dziadek miał to zmienić. Ale lata mijały, a ona twardo realizowała plan. To było tak dawno, że aż chyba nieprawda. Ale orzechem pozostała nadal. Smacznym, wartościowym, ale zamkniętym w twardej skorupie. I tak niech pozostanie. Pogłaskała ciemne drewno , poprawiła mu jeden wypadający ząb, spojrzała mu w oczy i zamarła… Tak, chyba się nie myli, zupełnie jak oczy staruszka z księgarni. Zadziwiające…  

Wyglądała prawie jak mała dziewczynka, kiedy tak układała pod drzewkiem miniaturowe prezenciki. Włosy zebrane w koński ogon, rumieńce na buzi umazanej czekoladą, którą pogryzała ze smakiem i do tego ubrana… pożal się Boże! Niczym nie przypominała dorosłej trzydziestoletniej prawie kobiety… Gdybyż nie to spojrzenie, pozbawione kobiecej miękkości, na którego dnie czaił się smutek. I głód w oczach, zupełnie niepasujący do dziewczynki, ani nawet kobiety w jej wieku. Raczej do myśliwego.

Tymczasem zapaliła światełka na choince, malutkie ażurowe złote dzwoneczki wyglądały oszałamiająco. Wysypała różnego gatunku orzechy do pięknej starej misy z chińskiej laki i ustawiła na stole. Pozbierała rozrzucone zakupy i poukładała w szafkach. Cały czas jednak myślała o oczach dziadka do orzechów i ich podobieństwie do oczu starszego pana.  Dziadek nie był zbyt urodziwy, z pociemniałego od starości drewna i kłapiący szczęką, zawsze wzbudzał w niej dziwne uczucia. Nawet się go trochę bała, ale ponieważ przypominał jej szczęśliwe dzieciństwo, nigdy się go nie pozbyła. Sprzątnęła jeszcze szpargały, ułożyła porządnie pościel i przygotowała sobie grzankę. Potem przyniosła z sypialni wielką poduchę z zamiarem „rozkokoszenia” się na niej podczas czytania. Ale poducha, na co dzień miękka i wygodna, dzisiaj jakoś uwierała… W żaden sposób nie mogła się na niej wygodnie ułożyć. Jednakże książka tak ją wciągnęła, że zapomniała o bożym świecie. Kiedy skończyła, był późny wieczór. Jakiś program w radio nadawał kolędy. Zasłuchała się, wzruszyła, w oczach zakręciły się łzy, tocząc po policzkach, szyi, aż spadły na bluzę znacząc swą obecność ciemnymi plamami na szarym trykocie. Tak dawno już nie płakała… Wstała szybko, otarła dłonią twarz i odruchowo przetrzepała poduszkę z zamiarem ułożenia się na niej ponownie. Ale z wielkiej, jak pole jej ojca poduchy, wyleciały dwa piórka wznosząc się wysoko, wysoko, aż pod sam sufit. Matka, dając jej tę poduchę mówiła, że z puchu… Nigdy, przez tyle lat nie wyleciało z niej ani jedno piórko, ani nawet puszek jeden. A tu masz, piórko, nawet dwa od razu… Śledziła ich lot przez dłuższą chwilę, ale te, chociaż dawno powinny, wcale nie miały zamiaru opaść na ziemię. Wznosiły się, to opadały, lekko, leciuteńko szybowały, jakby tajemniczym prądem niesione. Łączyły i rozdzielały niczym para kochanków, którzy żyć bez siebie nie mogą. Pikowały, okręcając się wokół własnej osi w jakimś sobie tylko znanym miłosnym tańcu. Zafascynowana Wanda nie mogła oderwać od nich oczu. Właśnie zapowiadali jakiś balet i już, już chciała zmienić stację, kiedy tańczące piórka przykuły jej uwagę do tego stopnia, iż ruszyć się było niepodobna. Tkwiła w niezbyt wygodnej pozie zapomniawszy o całym świecie. Zauroczona, oszołomiona, zadziwiona. Patrzyła, patrzyła, patrzyła…

I nagle, czarna chińska misa przewróciła się, a orzechy wysypały na świątecznie przybrany stół. Wanda już, już miała się poderwać i pozbierać niesforne, kiedy ostre spojrzenie dziadka do orzechów osadziło ją w miejscu.

- Chyba zwariowałam, albo to z głodu – zamruczała do siebie.

Tymczasem orzechy na stole zmieniły się w leśne ludki i dopiero zaczęły dokazywać. To uganiały się po obrusie, to huśtały na świerkowych gałązkach mieniąc  kolorami zieleni, brązu, srebra i złota… To trzaskały łupinkami aż echo szło… Tańczyły. Tak, najwyraźniej tańczyły… Zataczały koła, by potem je wypełnić, rozchodziły na boki tworząc gwiazdy, wirowały wokół własnej osi, łączyły w pary i podskakiwały, by w końcu rozsypać się w nieładzie i na koniec spokojnie przysiąść po obu stronach przewróconej misy… Na zewnątrz wielkie włoskie, niczym złote matrony, potem dorodne migdały pieczone w cukrze, bliżej pistacje w zielonych sukienkach i rozchylonych dołem łupinkach wyglądających jak barokowe damy pobłyskujące skrzącą solą niczym brylantami  i laskowe, skromne, brązowe jak …   A piórka wznosiły się nad nimi niczym tancerze w balecie…, Taaak, najwyraźniej to większe, to on, a to mniejsze, ona… Wanda wyraźnie widziała jak jedno z piórek przeistacza się w młodzieńca, który tańczył jak sam Barysznikow, a drugie zapewne w Lisę Rinehart, mocno przetarła oczy chcąc odgonić złudę, ale tak po prawdzie wcale nie miała ochoty by przedstawienie się skończyło.

- Coś podobnego, przecież nikt mi nie uwierzy.- przemknęło jej przez głowę. Ale w tym momencie napotkała groźne spojrzenie dziadka do orzechów i odechciało się jej dzielić z kimkolwiek spektaklem, który właśnie się rozgrywał. Dziadek zawsze miał nad nią jakąś tajemną władzę. Dlatego trzymała go całymi latami w przepastnym kartonie z bombkami. Bała się jego karcącego wzroku. Unikała go, bo przypominał jej, przypominał… coś, od czego uciekała całymi latami, wierząc tylko w pracę…  A teraz stał pod jej mikroskopijną choinką, na świątecznym stole i… A gdzie tam stał! Właśnie się poruszył, przeciągnął, rozprostował kości i czy jej się wydawało, czy przepędził kilka myszek, które miały ochotę go ponadgryzać? Nawet myszy się ciebie boją, pomyślała zgryźliwie. Chryste, skąd myszy w jej wymuskanym mieszkaniu? Musi pobiec po Tomasza, niech coś z tym z robi. Myszy, Boże ratuj! Ona się boi myszy!!! Gdzieś z daleka dobiegł ją odgłos północy. To stary zegar na gazowym kominku odmierzał czas… dziewięć, dziesięć, jedenaście, dwanaście… Bim bom, bim bom, wybiła północ. I nagle listwa przyścienna odsunęła się z hukiem, a z mysiej dziury wyszedł w całej okazałości ni mniej, ni więcej tylko Myszerej, król mysi. Potoczył spojrzeniem władcy po pokoju, wyprostował niecierpliwie zmarszczki na pelerynie  i wyciągając ku niej łapę, władczym krokiem ruszył prosto do oszołomionej Wandy… Już wcale nie był mały. Był wielki i groźny. Dumny. Kapiący od złota. W koronie. Budził strach. Nikt nie był w stanie mu się oprzeć… Zalękniona patrzyła na jego wielką włochatą łapę zakończoną pazurami, sięgającą po nią.  Przerażona, już, już miała wrzasnąć, kiedy nagle, jakby spod ziemi wyrósł Dziadek. Ten odrzucił na bok swoją pogryzioną przez mole, zieloną pelerynę, drugą ręką sięgnął po żelazny, trochę zardzewiały miecz i ciął, i siekał Myszereja, aż kłaki z futra szły. Jego przepiękna, z czarnej satyny na czerwonym aksamitnym podbiciu, wysadzana drogimi kamieniami peleryna była już cała w strzępach, a resztki tkaniny z kolorowymi kamieniami walały się wokół choinki, przydając jej nieziemskiego blasku. Król jednakże wciąż bronił się zajadle. Trwała walka na śmierć i życie. Noże i widelce w rękach teraz orzechowych żołnierzy toczyły krwistą walkę z wojskiem Myszereja. Zafascynowana Wanda, wciśnięta w głąb kanapy oglądała tę walkę nie wiedząc czy sen to, czy jawa. Dziadek - Wódz nagle zrobił się podobny do Tomasza, choinka zamieniła w olbrzymkę, a z gwiazdy sięgającej sufitu bił nieziemski blask. A Myszerej… No, ten to przecież sam prokurator. Wredny i chamski. Męski szowinista. Wróg, który jej pożądał. Gorąco ją oblało, przypomniał zagubiony laptop… Ale co to, widać sił już im brak, obaj się słaniają, by w końcu paść bez ducha pod zielonym chojakiem… Rzuciła się ku nim, nie wiedząc, którego ratować najpierw, rozejrzała bezradnie wokół i kątem oka spostrzegła, jak dwoje tancerzy – piórka, obniżają swój lot, porywając nieprzytomnego Dziadka –Wodza-Tomasza i łapiąc za rękę ją, Wandę i unoszą coraz wyżej, i wyżej, pod sam sufit prawie.  Patrzyła z wysoka na malejącą sylwetkę Myszereja i nie czując zgoła nic. Czarna peleryna, którą był okryty, zmieniła się w małą czarną kropkę, by po chwili zniknąć zupełnie. Nagle z wielkiej poduchy, wysypało się pierze, zamieniając  w białych tancerzy. Baleriny, niczym płatki śniegu pływały w powietrzu, tworząc skomplikowane układy taneczne.  Ona też, lekka jak mgła, w białej, krótkiej muślinowej sukience, szczęśliwa i uśmiechnięta, unosiła się, wirowała wśród nich, wokół Dziadka- Tomasza, którego najwyraźniej uwodziła. We fraku wyglądał oszałamiająco. Był uroczym, godnym pożądania młodzieńcem. Jak mogła tego, wcześniej nie zauważyć? Tymczasem, unosili się w powietrzu, patrząc sobie w oczy i tańcząc odwieczny balet miłości. A tam na stole, który teraz był podłogą, również tańczyły rzędami walca kwiaty gwiazdy betlejemskiej, czerwone, różowe i kremowe. Gięły się zawstydzone, potrząsały płatkami, roniąc od czasu do czasu mleczne łzy szczęścia. Patrząc z góry widziała ruchome nasycone żywą czerwienią koło, które im bliżej brzegu, robiło się jaśniejsze i jaśniejsze, by w końcu zniknąć i wtopić się w biel wirujących śnieżnych tancerzy. Żaden choreograf tego by lepiej nie wymyślił. A jej osobista sekretarka Alicja z gońcem Wiesiem tańczyli tańce wschodnie. Ciekawe, kiedy oni się tego nauczyli. A ekscentryczna sąsiadka Idalia, była Wieszczką cukrową… I nie dziwiło już, że leśne ludki ubrane w kimona, wokół misy z laki, tańczyły ni mniej, ni więcej, tylko chiński taniec, a mały, srebrny samowarek, ozdoba choinkowa, podrygiwał skocznie wraz z filiżanką w takt rosyjskiej muzyki… Aż nagle, dał się słyszeć gwizd i w pokoju wybuchło milion fajerwerków. Cóż to był za pokaz! Wanda aż mrużyła oczy i radowała się, kiedy różnokolorowe świetlne fontanny prezentowały przed nią swoje walory, tańcząc w takt tańca hiszpańskiego…

Kiedy ocknęła się, jak jej się wydawało ze snu. Świtało. Zmarzła też trochę, ale idąc po bluzę zatrzymała się na chwilę przy ogromnym oknie, z zachwytem przyglądając  jutrzni. ”Kiedy ranne wstają zorze, tobie ziemia, tobie morze” przypomniała sobie matkę rozpalającą wczesnym, świątecznym rankiem kuchenny kaflowy piec. I jak nuciła. I nie było w tym śpiewie żadnej przesady, chociaż śpiewała tam, na ziemi, nisko. Tu, wysoko, ponad chmurami, w obliczu wschodzącego dnia, Wanda czuła niesamowitą potęgę Boga. I cieszyła się w duchu, że choćby nie wiedzieć co, żaden człowiek tego nie spaprze. Jeszcze długo.

 -Zachować w pamięci, ocalić od zapomnienia. Rozkazała sobie.

 Chwile takie są ulotne, ale obrazy z nimi związane, można zachować w sercu na zawsze. Uchyliła lufcik i z przyjemnością wdychała ostre, poranne, świeże i czyste powietrze. Świt był cudowny, słońca jeszcze nie było widać na lekko różowawym niebie, ale ona czuła na sobie i w sobie jego blask. Jakaś radość niezmierna ją ogarnęła, kiedy podziwiała świt z piętnastego piętra swojego akwarium. Czuła się  zawieszona w chmurach. Zjednoczona z nimi. A one powolutku, nie spiesząc się, płynęły z wiatrem, w sobie tylko znanym kierunku. Porywając ze sobą ją Wandę w nieznaną podróż. Nagle w panującej ciszy dały się słyszeć delikatne dzwoneczki. Prawie zobaczyła sanie Mikołaja i renifery pędzące przez śnieżne chmury… I wyrecytowała ni z tego, ni z owego cichutko:

-Dzyń, dzyń, dzyń, po chmurach mkną z marzeniami sanie. Ileż marzeń dzisiaj, ile, spełnionych zostanie?

 Chwilo trwaj. Tam w dole, powoli, wstawał leniwy świąteczny poranek. Wszystkie jarzące się milionem kolorów światła były pod nią. Tam była jedna bajka, tu druga. Nie można być w dwóch. Szkoda. Zadrżała, kiedy rześki podmuch wionął w jej twarz. Zapatrzona w piękno poranka, otuliła się własnymi rękami i poczuła tak przejmujący ból duszy, iż miała wrażenie, że rozsypie się jak kryształ na milion drobinek… Zawsze czuła taki ból, kiedy spotykała się z czymś, co robiło na niej ogromne wrażenie. Tak było chociażby z muzyką… Potrafiła się rozpłakać, aż spazmy wstrząsały jej ciałem, a rzeka łez była nie do zahamowania. Albo, kiedy szła na wernisaż swojego ulubionego artysty zwanego tajemniczo Albatrosem. Patrząc na jego obrazy, bądź rzeźby, odczuwała piękno całą sobą, wszystkimi zmysłami. Serce jej zamierało, cichła w sobie i zafascynowana śledziła każdy ruch pędzla, bądź dłuta pozostawiony na obrazie, lub rzeźbie, przeżywając z artystą ból tworzenia. Rozumiała każdą kreskę i linię. To dziwne, ale czuła niesamowitą więź z artystą. Nie znała jego twarzy, ponieważ podobno był wielkim dziwakiem i zawsze występował w masce. Ale zdecydowanie była to jej bratnia dusza. Szkoda tylko, że ona nie wierzy w miłość.  Zresztą tak jak i on. Ale kiedyś, w rozmowie i  pod wpływem szampana, przyrzekli sobie, że jak nie ułożą życia do czterdziestki, to się pobiorą. Z rozsądku, aby na starość nie być samemu. On będzie tworzył i okrywał jej zmarznięte nogi kocem, ona będzie… no właśnie, co ona będzie? Tworzyć iluzję domu?

-Nie martw się. Coś wymyślimy. Do czterdziestki trochę czasu zostało. A ja jestem kreatywny. Znajdę ci zajęcie, oj znajdę. I to nie jedno. Tego możesz  być pewna, powiedział tajemniczo.

 Albatros był godny zainteresowania. Oczytany, zdolny, inteligentny szaławiła, zawsze otoczony wianuszkiem młodych kobiet. Niekoniecznie jednak nimi zainteresowany. Nie skandalizował. Zawsze tajemniczo się pojawiał, znikając równie tajemniczo.  A tak naprawdę, nikt o nim nie wiedział nic więcej, niźli sam zdradził.  I zawsze patrzył na nią z jakąś tęsknotą, smutkiem, w jego pięknych brązowych oczach. Tylko te oczy widziała. Reszta twarzy zawsze była zakryta. Och, gdybyż tylko potrafiła kochać. Gdybyż wierzyła w miłość…

A kiedy bywała w domu rodzinnym, też trafiały się  chwile,  kiedy wymykała się wczesnym rankiem do stajni, dosiadała starą kasztankę i w opadającej mgle, kiedy rosa błyszczała w nieśmiało wschodzącym  słońcu, jak rozsypane diamenty, pędziły jak wiatr, przed siebie, po polach i łąkach. Obie wolne i szczęśliwe. Kasztanka zwana Ichą, z racji wiecznego uśmiechu na końskim pysku. I ona, Wanda, zwana przez ojca pieszczotliwie Usią. Od Wandusi. Uwielbiały obie takie poranne wypady, kiedy goniły wciąż oddalający się horyzont w ciszy budzącego się świtu, tylko przy akompaniamencie  ptasich treli. Woda z potrącanych gałązek rosiła jej włosy i twarz. Gołe stopy ziębły. A koń gnał, aż para mu z pyska buchała. A ona kładła się klaczy na grzywie, jednoczyła z nią i poddawała rytmowi. Ból w piersiach zawsze symbolizował spełnienie… Artystyczne spełnienie. Piękno zaklęte w czasie i przestrzeni… Ach, gdybyż mogła, gdybyż umiała w jakikolwiek sposób oddać, co czuła, co widziała oczami duszy…, Ale nie potrafiła, ani malować, ani rzeźbić, ani grać, ani tym bardziej pisać… Zresztą, rozpływać się, będąc pod urokiem jakiegoś wschodu słońca… Nie, to zdecydowanie nie dla niej ta cała egzaltacja. Niech będzie jak jest. Wystarczy, że umiała czuć piękno do bólu. Trudno. To było tak, jakby gonić marzenia. Wanda, choć mogła, nigdy nie realizowała swoich marzeń. Lubiła je gonić. Było w tym coś ekscytującego. W samej gonitwie. Zawsze wymyślała sobie takie nie do zrealizowania. Tak jej się wydawało zawsze do momentu, kiedy jakimś cudem, absolutnie i bez jej udziału, marzenia się jednak realizowały. Tak po prostu, zwyczajnie i już. Wtedy podnosiła poprzeczkę i wymyślała nowe pragnienie… Natomiast z zadziwiającą konsekwencją realizowała wszelkie plany. Punkt po punkcie. Plan rządził jej życiem. I czasami miała nieodparte wrażenie, że Wandy są dwie. Ta z chmur i ta ze stali. Z tym, że ta ze stali zdominowała tę z chmur… Z żalem odpięła skrzydła, odwróciła się od okna i powlokła do łóżka.

                                -Dziwne to wszystko-myślała. Sen, nie sen. Poranek. Stara Icha,  matka i ojciec. I nagle zatęskniła za nimi. Tak dawno już ich nie widziała… Ciekawe, co też teraz robią. Spojrzała na zegarek i przypomniawszy sobie świąteczne rytuały domowe, zobaczyła jak ojciec znosi do kuchni różne smakołyki, a matka kroi to wszystko i układa na półmiskach. Burczy na ojca i dyryguje nim, ale chyba są szczęśliwi. Mimo wszystko. Zastanawiała się, jak matka mogła wybaczyć ojcu…

-Jak? Po prostu.-Powiedział biały anioł, który przysiadł na brzegu stołu, dzierżąc w dłoni Księgę Psalmów.- Posłuchaj. I celując w nią palcem wskazującym oraz machając bosymi stopami, wystającymi spod gustownej białej koszuli zaczął recytować.

                                                              

1 Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,
a miłości bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca
albo cymbał brzmiący.
2 Gdybym też miał dar prorokowania
i znał wszystkie tajemnice,
i posiadał wszelką wiedzę,
i wszelką [możliwą] wiarę, tak iżbym góry przenosił,
a miłości bym nie miał,
byłbym niczym.
3 I choć bym rozdał na jałmużnę całą majętność moją,
a ciało wystawił na spalenie,
lecz miłości bym nie miał,
nic bym nie zyskał.

— 1 Kor 13,1-3[20]

4 Miłość cierpliwa jest,
łaskawa jest.
Miłość nie zazdrości,
nie szuka poklasku,
nie unosi się pychą;
5 nie dopuszcza się bezwstydu,
nie szuka swego,
nie unosi się gniewem,
nie pamięta złego;
6 nie cieszy się z niesprawiedliwości,
lecz współweseli się z prawdą.
7 Wszystko znosi,
wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję,
wszystko przetrzyma.
8 Miłość nigdy nie ustaje (...)

 

— 1 Kor 13,4-8a[24]

         

                Patrzyła zahipnotyzowana na jego włochate łydki, którymi bezwstydnie wymachiwał przed jej nosem prawie, chciwie spijając słowa, które spadały z jego ust i ryły na jej sercu, niczym gorącym żelazem wypalane. Z każdego słowa biła prawda, tak oczywista i nienachlana w swej prostocie, iż Wanda wiedziała, że niepodobna, iżby kiedykolwiek miała je zapomnieć. Boże, to jest takie piękne, że musi być prawdziwe. W tle słyszała nieziemską muzykę. Milion skrzypiec leciutko wygrywało  pieśń a wtórowały im harfy. I tej  nocy, zdaje się, nie tylko Bóg się rodził… A w  duszy dziewczyny, w której dotąd były  same puste pokoje i panował smutek, zagłuszany pracą ponad siły i pełnym bankowym kontem, zaczął nieśmiało i jeszcze niepewnie, bo na ugorze, kiełkować kwiat.

Taak, myślała, to była tajemnica sukcesu matki. A ojciec? Czy on też czuł to samo? Przetrwali burze, naprawili naruszone fundamenty domu, ale czy to w dalszym ciągu był ten sam dom? To samo  zaufanie? Ta sama miłość? Ci sami ludzie? Zakochani, ufni. A może to lenistwo obojga udaje sukces? Kto to wie? I choć wątpiła w uczucie ojca, wiedziała, że matki  starczyło za dwoje…

Tak czy siak, mimo upływu lat byli razem. Razem zasypiali, razem budzili.  A ona, Wanda,  wciąż sama. Poszukująca. Wciąż na początku drogi… Mimo upływu lat. W trakcie tych rozmyślań, Morfeusz zaczął ją brać we władanie. Okryła się zatem ciepłym pledem, poprawiła jaśka pod głową…

Właśnie weszła do pięknego, zdrowego, iglastego lasu. Z podziwem patrzyła na ogromne drzewa. Rosły jedne przy drugich. Prościutko. Dolne gałęzie ogromnych, dumnych choin ledwie muskały się wzajemnie, unosząc lekko ku górze. Wyglądały jak zielone baletnice. Proste, wytworne, pachnące. Można by rzec- zielona, leśna elita.  Nagle znalazła się w labiryncie. Tuż obok swojej przyrodniej siostry. Nie rozmawiały ze sobą, po prostu razem szły. W absolutnej ciszy. Labirynt stanowiły bukszpany. Były niechlujnie przystrzyżone, a może dawno niestrzyżone. Pojedyncze pożółkłe gałązki wyrastały tu i ówdzie. Widać było wyraźnie, iż cały, niegdyś piękny i zielony labirynt, chylił się ku upadkowi. Zupełnie jak jej, Wandy stosunki z przyrodnią siostrą. Labirynt nie był wysoki, miał, co najwyżej sto dwadzieścia centymetrów. Lecz co dziwne, posadowiony był w głębi gruntu. Na wysokości dolnej granicy korzeni owego pięknego lasu. Wanda wyraźnie widziała poszczególne warstwy ziemi. Wyglądało to tak, jakby ktoś ukroił bardzo wyskoki tort, dając wgląd do środka. Na górze ciemna, czekoladowa warstwa i potem im niżej, coraz jaśniejsze, aż do piaskowej żółci  włącznie. Zaniepokojona Wanda szukała w odsłoniętej glebie korzeni, ale tych, nigdzie nie było widać. A przecież musiały gdzieś tu być… Tymczasem parła przez ów labirynt bez lęku, jakby wiedziała, w którym kierunku jest wyjście. Siostra znikła już gdzieś w połowie drogi. Wanda czuła się dużo lepiej, kiedy była sama. Nie lubiła, ani za nikogo odpowiadać, ani słuchać cudzych rad. Nie wychodziły jej na dobre, a nie chciała nikogo obwiniać. W końcu w jej sprawach ostateczna decyzja zawsze należała do niej, lecz czasami powodowana czy to nadmierną empatią, czy też brakiem asertywności, ulegała sugestiom. Na swoją zgubę. Była uczciwa wobec siebie i doskonale wiedziała, czego nie potrzebuje. Natomiast czy równie dobrze wiedziała, czego potrzebuje? Dobre pytanie.

-Kiedyś tak. Odpowiedziała sobie w myślach. Lecz czy teraz, dzisiaj?

–Jak myślisz?- Zadała pytanie drugiej Wandzie - tej z chmur i obłoków.

 Ale ta druga zmarszczyła tylko nos i odrzekła enigmatycznie:

- Ty lepiej nie marudź, tylko idź i patrz końca.

Wzruszyła ramionami i pewnym krokiem, śmiało poszła przed siebie. Na wschód. Nie dłużyła jej się droga i nie czuła zmęczenia, kiedy wyszła z labiryntu wprost do leśnej lepianki. Weszła  do ubogiej, zagraconej chaty. Tak bardzo chciało jej się pić. W lepiance było tylko jedno pomieszczenie. Panował w nim nieład. Była oburzona, że nikt nie przywiązuje tu wagi do porządku… Zobaczyła starszego mężczyznę. Miał na sobie lnianą wygniecioną koszulę. Oliwkową cerę i krótkie kręcone loczki wokół okrągłej,  twarzy. Szczere, otwarte spojrzenie. Był czymś zajęty, ale zwrócony ku niej. Nie mówił nic. Tylko patrzył na nią. Pomimo, iż nie padło z jego ust jedno słowo, usłyszała:

                - Dostaniesz za chwilę wodę, przyniesie ją z lasu mój towarzysz. On da ci pić.

Wandzie wydawało się, iż słowa „on da ci pić” miały jakiś podtekst. Wyraźnie to czuła i zrobiło jej się trochę nieswojo. Nie wiedziała, czego ma się spodziewać. Tymczasem na dworze robiło się coraz cieplej i cieplej. Czuła się coraz bardziej zdrożona i coraz bardziej spragniona. Cierpliwości – mówiły oczy mężczyzny. Była zdziwiona, że go słucha. Mało, nie zadaje mu żadnych pytań. Ufa mu. I kiedy tak stała niedaleko drzwi, przypatrując się jego pracy, a on uśmiechał się do niej, wszedł młodszy niosąc  wodę w dzbanie. Był kopią starszego. Podobny jak dwie krople wody. Nawet ubrany tak samo. Jedyne, co odróżniało go od tamtego, to to, że był młodszy i miał rany na głowie. Nie duże, lecz wyraźne zadrapania na czole, z krzepnącą krwią. Nic sobie z tego nie robił. Nie wytarł, nie zdezynfekował, nie bandażował. Powiedział, że to od cierni. Wanda w pierwszym odruchu chciała zająć się ranami, ale nie pozwolił. Powiedział, że przyzwyczaił się, nauczył się żyć ze swoim cierpieniem… Zaakceptował je, jako część swego życia. Ofiarował za coś. I odkąd ofiarował, przestał  cierpieć. Patrzył z uśmiechem na dziewczynę pijącą łapczywie wodę, którą jej podał w prostym drewnianym kubku. Był na nim jakiś napis. Zerknęła dyskretnie i zrobiło jej się słabo. Na kubku było wyryte jej imię. Wanda. Cóż to ma znaczyć- myślała chowając twarz we włosach i przeciągając picie. Już nie łykała wody łapczywie, byle się tylko nasycić, lecz smakowała ją drobnymi łyczkami. Była zimna i pyszna. Doskonale gasiła pragnienie. I czy jej się wydawało, czy woda zmieniła się w delikatne, orzeźwiające czerwone wino? Wariuję – myślała spłoszona. I żeby już nie patrzyć na młodszego, który zaczął ją coraz bardziej onieśmielać, spojrzała w głąb chaty. Zdumiona, spostrzegła przepiękne rzeźby. Jasne i ciemne. Jak odcienie miodu. A wokół nich wióry. Dużo małych i większych, białych i brązowych, poskręcanych, suchych wiórów. To te wióry stwarzały wrażenie bałaganu w chacie. Pachniały żywicą i lasem. Zapach ich intensywniał z każdą sekundą. Wdychała go z zamkniętymi oczami. Kochała zapach iglastych drzew. Zaciągała się nim łapczywie, bojąc, że okaże się złudą. Podziwiając posążki porozstawiane w chacie, natknęła się na jeden, który przykuł jej uwagę, ponieważ był bardzo podobny do niej. Prawie. Tak jej się wydawało. Smukła postać kobiety pod delikatną szatką okrywającą kobiecość, zapatrzona w coś, lub kogoś, z rozczuleniem. Natchniony, przepełniony miłością wyraz twarzy, jakaś nieuchwytna delikatność i kruchość biła z całej postaci. Jakaś nieziemskość zgoła. Taka Wanda z chmur jakby. Ale im dłużej patrzyła na rzeźbę, tym bardziej widziała siłę w niej drzemiącą. Siłę, która wyzwolona i nieokiełznana jest skłonna niszczyć, ale o tym, przecież wiedziała tylko ona, Wanda. Niesamowite. Skąd? Jak? Dlaczego? Pytania szalejące w jej głowie, pozostawały bez odpowiedzi. Tylko starszy mężczyzna spoglądał na nią z charakterystycznym błyskiem w oku i uśmiechał się tajemniczo. Już gdzieś widziała te oczy, ten błysk… Nie, chyba całkiem zwariowałam. Ale druga Wanda kpiła z niej niemiłosiernie.

-Nie bądź głupia, obudź się wreszcie śpiąca królewno. Przejrzyj! Już czas!

I Wanda zobaczyła wszystkie wernisaże, na które nie wiadomo, od kogo dostawała zaproszenia. Szkice, obrazy i rzeźby, tak bliskie jej sercu, które przechowywała w duszy niczym najcenniejsze skarby. I w końcu tego wstrętnego smarkacza, i Tomasza, i Albatrosa w jednym ciele. Aż ją zatchnęło, kiedy poszczególne elementy układanki przedstawiły jasny obraz. Spojrzała wyczekująco na starszego z mężczyzn nie śmiąc spojrzeć na młodszego, a on tylko uśmiechał się i kiwał potakująco głową.

- Jestem Gruzinem - powiedział młodszy, a Wanda przyjęła to, jako coś oczywistego i naturalnego. Jej babka, ze strony ojca była też Gruzinką.  Na imię jej było Marija… 

 

Oddaj swój głos:
(14)
(>0)

Biznes »

3 lutego 2016 Regionalne Property Forum Katowice 11-12 lutego 2016 r. Międzynarodowe Centrum Kongresowe w Katowicach   Główne tematy...
28 stycznia 2016 Europejski Kongres Gospodarczy po raz ósmy zagości w Katowicach Główne nurty tematyczne   Katowice, 28 stycznia...