Kalendarz » Polska

Kilka fragmentów wraz z wierszami z książki „Tułacze losy”

Autor: Danuta-Romana Słowik 10 listopada 2013, Szczecin

...A gdzie Siostra była do czasu wojny?

            - Na statku. Przez pięć lat pływałam po całym świecie, jako Siostra Okrętowa.

            - To znaczy, gdzie?

            - Byłam w Ameryce Północnej i Południowej, w Afryce, kilkanaście razy w Palestynie, a poza tem „Kościuszko” okrążył całą Europę, podczas niezwykle ciekawej wycieczki „Dookoła Europy”. Byliśmy wtedy i na Malcie, jako pierwszy statek pasażerski. Widziałam Vallettę,  - przepiękne miasto, w którym podziwiałam wspaniałe kościoły oraz groby maltańskich rycerzy.

            - To musi być ciekawe tak ciągle podróżować. Prawda, Siostro?

            - Bardzo ciekawe. Ale jednocześnie ma i złe strony taka wieczna włóczęga, bo człowiek odczuwa ciągły głód przestrzeni. Na lądzie nie potrafię się nigdzie zaklimatyzować. Zawsze mi morza brakuje i tych wrażeń, jakie dają nowi ludzie, nowe kraje i egzotyczna przyroda.

            - Czy nie tęskniła Siostra za Polską?

            - Boni! Jak pan może o to pytać?! Czy wyglądam na takie bezduszne stworzenie, które nie potrafi uwielbiać swojej Ojczyzny? Które nie uważa jej za najpiękniejszą? Tęskniłam zawsze za krajem. Nieraz, - te wszystkie przepiękne widoki zamieniłabym na widok jakiejś małej, polskiej wioski.

            - Niech mi pan wierzy, Boni, że nigdy najwspanialsze ogrody botaniczne, nie były w stanie zaćmić wspomnienia polskiego lasu, pola lub łąki. Polska jest najpiękniejszym krajem na świecie! Nigdy nie pomyślałam o tem, żeby osiedlić się gdzieś poza krajem. Nie mogłabym się czuć szczęśliwa na obcym gruncie. Te wszystkie cuda przyrody zdumiewają człowieka, - wprost nie chce się wierzyć, że coś podobnego istnieje, ale można się tym zachwycać tylko przelotnie, bo najpiękniej jest tam, gdzie są bliscy, - gdzie się spędziło dzieciństwo. Tam każda piędź ziemi jest droga, - bo swoja!

- Boni przymyka oczy i po chwili mówi cicho:        

- Ja także chciałbym widzieć te wszystkie piękne kraje i dlatego proszę sobie przypomnieć wszystko, od chwili gdy Siostra poszła na okręt. I jak będzie chwila czasu proszę mi opowiedzieć o tych podróżach, o ludziach, których Siostra spotkała i o tym życiu, które chciałbym poznać. O życiu włóczęgów, ludzi morza, którym dane jest widzieć tak wiele; którym dane jest przebywać coraz to nowe przestrzenie i spotykać nowych ludzi. Różne rasy, różne charaktery. Proszę pomyśleć, jak przyjemnie byłoby pacjentom Siostry przeczytać takie wspomnienia. Mieliby wrażenie, że także tam byli i w ich smutnym, starym życiu mogłoby im się zdawać, że odbywają te wszystkie podróże. Razem z Siostrą.

            - Boni, do czego pan zmierza?

            - Do tego, żeby Siostra napisała książkę o swoim życiu. O wrażeniach z podróży, o naszej tułaczce i o swoich pacjentach. Żeby,  to była książka i o szpitalu w Szkocji. O tych ludziach przykutych do łóżek i o Siostrach, które ich pielęgnują. A przede wszystkim, o tej Siostrze, na którą teraz patrzę. To byłoby naprawdę ciekawe.

A widząc, że się waham, dodaje:

            - Ja bardzo proszę o taką książkę!... Będzie ona miłym wspomnieniem dla nas wszystkich, tu, na wygnaniu,- gdy opuścimy szpital – i po powrocie do kraju.

Milczę. Przecież nie mam prawa powiedzieć, że Boni tej książki nie będzie czytał... że nie wróci do Polski...

Boni nie wie, że jest beznadziejnie chory, gdyż wszyscy to przed nim ukrywamy. Ale jednocześnie zastanawiam się nad tym, że powinnam opisać swoje podróże oraz życie tych biedaków których pielęgnuję, jeśli Boni tak bardzo o to prosi.

Tylko że trzeba będzie porozrywać te wszystkie rany które się zabliźniły. Trzeba będzie z księgi życia wydobyć jeden rozdział, do którego już nie powinnam powracać. Wspomnienia. Kiedyś,  napisałam o nich w swoim pamiętniku.

            -„Gdyby mnie ktoś zapytał, co to są wspomnienia, odpowiedziałabym bez wahania, że jest to anatomiczna sekcja, którą chirurg-Czas dokonywa na sercu żyjącego człowieka.  I dlatego są takie bolesne.”

Postanawiam przypomnieć sobie to wszystko, co już minęło, o czym starałam się nie pamiętać. A widząc, że Boni nie spuszcza ze mnie wzroku, jak dziecko, które pragnie nowej zabawki,- przyrzekam mu solennie, że napiszę powieść, o którą prosi i dam jej tytuł:

„Szpital w zamczysku.”

 

(….)

 

Sierpień 1939 roku. Mam zastąpić na statku pasażerskim M/S BATORY, koleżankę, pielęgniarkę od dzieci, która otrzymała urlop. Rejs do Nowego Jorku, na Wystawę Wszechświatową. Bronię się jak mogę, bo w powietrzu pachnie wojną, więc wolałabym nie rozstawać się z Irenką i Krysiątkiem, ale „mus,- to wielki pan”,- więc opuszczam kraj i pocieszam się myślą, że może wojny nie będzie.

 

(….)

 

-Smutek – to krople deszczu, gdy w szybę uderza,

Jak łzy, co z chmur spływają, gdy niebo się smuci.

Smutek to – to jest świadomość, że Czas szybko zmierza

By skreślić to co przeszło i nigdy nie wróci.

 

Smutek, to jest rozbita czara kryształowa;

Czara piękna, co była dla oczu radością.

Smutek, - to zatajone w głębi duszy słowa.

Które z marzeń nieśmiałych, - stały się miłością.

 

Smutek – to twarz Chrystusa w cierniowej koronie,

Oczy mgłą łez zasnute, powstałych z cierpienia.

Smutek – to jest przeczucie, że przy czyimś zgonie,

Ktoś nie zdąży powiedzieć słowa przebaczenia.

 

Smutek – to zwiędłe liście, które wiatr obrywa

By spadły z szelestem. Liście, - co umarły.

Smutek jest w oczach dziecka, jeśli w bajce bywa

Że przy „Śpiącej Królewnie”, płaczą małe karły.

 

Smutek – to kwiaty polne, które w żarze słońca

Tracą przepych kolorów i więdną z żałości.

Smutek – to życie ludzkie, gdy dobiega końca,

Nadaremnie czekając na słowa miłości.

 

Smutek – to małe ptaszę o skrzydłach złamanych.

Smutek – to szelest suchych, obumarłych liści.

Smutek – to obojętność ust umiłowanych.

Smutek – to sen o szczęściu, - które się nie ziści...

(…)

 

Szpital w zamczysku...

Moim Pacjentom

 

Szpital w pięknym zamczysku. Schody marmurowe,

Zbroje szkockich rycerzy, - sale sztandarowe,

Wspaniałe żyrandole i światła jarzące; -

Przez barwne szyby, czasem zagląda tu słońce.

Obrazy w pięknych ramach, - sufity rzeźbione.

A teraz, idź Przechodniu w prawej baszty stronę.

Tu nie jest tak wspaniale. Ciżba ludzi zwarta

Zamieszkuje te sale. Gruźlica otwarta.

To jest oddział zakaźny. Nikt tu nie zagląda,

Bo po co? Tylko lekarz w te twarze spogląda, -

Tylko Siostry roznoszą lekarstwa, jedzenie.

Pacjenci „zakaźnego”, to są ludzie – cienie!...

 

Dziś punkcja. Znów się płynu zebrało za wiele.

Chory cicho oddycha. Cisza – jak w kościele.

A potem, - jakaż ulga! Znowu lżej oddychać

I w biednych, chorych płucach, mniej rzężenia słychać.

 

-„Pamięta Siostra, jak to w Polsce pięknie wiosną?

Już w marcu śnieg topnieje i pierwiosnki rosną...”

Ochrypły głos wibruje z lekka nutą rzewną.

-„Siostro! Czy ja powrócę?”

-„Powrócisz! Na pewno!...”

 

Zapada w pół-sen. Traci świadomość cierpienia;

O powrocie do kraju znów snuje marzenia.

.......................................................................................

Ileż pragnień zwodniczych, tęsknoty i żalu

Kryje się na „zakaźnym”, w zamczysku – szpitalu!...

 

Październik 1944.

 

Do „szpitala w zamczysku” przybył transport rannych z włoskiego frontu i z Normandii.

Około czterystu żołnierzy – kalek.

 

- Szpital w zamczysku! Osiedle cierpiących ludzi, którzy tak bardzo pragną sił i zdrowia, aby móc powrócić do kraju!

- Szpital w zamczysku! Surogat „domu”, surogat „rodzinnego życia”, które wydaje się snem lat minionych!...

 

.....................................................................................

 

Jest takie miejsce w Szkocji w pobliżu jeziora Tay, gdzie ludzie, którzy straszliwie cierpią, - ludzie, którym sądzone niemal całe życie przepędzić w szpitalu, - wciąż śnią o ziemi ojczystej, - wciąż modlą się aby tam powrócić!

Ich modlitwa – to bezustanne cierpienie – i rany, które się nie goją – i łzy tułacze, które płyną z ociemniałych oczu!...

 

.....................................................................................

 

Skupisko ludzkiego cierpienia i ludzkiej niedoli!

Osiedle kalek – bohaterów!

SZPITAL W ZAMCZYSKU!...

_________________________

 

Szkocja – rok 1944 – 45

 

Nie doczekałaś Siostro spełnienia swych marzeń,

Nie dane Ci było bliskich swoich zobaczyć.

Inaczej potoczył się bieg wojennych zdarzeń...

Serce Twoje pękło z bezgranicznej rozpaczy.

 

Nad pacjentami często wzruszałaś się szczerze,

Tymi, co na wygnaniu końca dni dożyli.

Obcy ludzie zmówili za dusze pacierze...

Także Twoje ciało w obcej ziemi złożyli.

 

Czemu los brutalnie odłączył Cię od dzieci?

Czemu Alianci Polskę Rosji zaprzedali?

Czemu wrogiem kraju nazwali Cię Sowieci,

Choć z oddaniem Ojczyźnie służyłaś w oddali?

 

Nikt na te pytania odpowiedzieć nie może.

W obcej ziemi spoczęłaś we śnie wiekuistym...

Nie wyszedł okręt w drogę powrotną na morze,

Nie przycumował w Gdyni - w porcie macierzystym.

 

Marzec, 2007 roku

 

(….)

 

W niedzielę byliśmy na wycieczce. Jak co tydzień, ruszyliśmy całą rodziną na rowerach w kierunku Głębokiego. Po drodze dołączyła ciocia Miłka a potem jeszcze ciocia Stasia wraz ze swoimi dziećmi. W ten sposób, w dużej grupie, jedzie się zawsze weselej. Aleja Piastów a potem Wojska Polskiego, skrajem Parku Kasprowicza i Lasku Arkońskiego do jeziora Głębokiego. Na górce, koło „Junaka”, tata pomaga mi i popycha mój rowerek, abym łatwiej mogła tę górkę pokonać. Na Głębokim krótki odpoczynek i ruszyliśmy wszyscy w kierunku Tanowa i jeziorka w Bartoszewie. Tu dopiero była frajda! – wszyscy mogliśmy popluskać się w wodzie. Dzieciaki aż piszczały z radości. Popołudniem zajechaliśmy do leśniczówki w Tanowie, żeby coś zjeść. Każdy dostał kawałek kiełbasy na gorąco i pajdę chleba. Zajadaliśmy, aż się uszy trzęsły. W promieniach popołudniowego słońca skierowaliśmy nasze rowery znowu w stronę Szczecina. Do śródmieścia był przed nami kawał drogi. Po drodze pożegnaliśmy się z ciociami, siostrami i braćmi ciotecznymi i wróciliśmy wreszcie do domu. Teraz szybko mycie, kolacja i spać. Wycieczka była wspaniała, więc i w nocy śniły się jakieś przygody. Rano mama obudziła mnie.

- Wstawaj Danusiu - musimy jechać do przedszkola.

Próbuję usiąść, ale nie mogę. Mama podeszła do łóżeczka i podniosła mnie stawiając na nóżki, ale ja natychmiast usiadłam z powrotem w pościel. Mama zaczęła się złościć.

- Nie ma czasu na żarty, musimy się pośpieszyć, wstawaj Danusiu. – I sytuacja powtórzyła się. Chwyciła mnie pod rączki i postawiła w łóżeczku. Rezultat był ten sam – nóżki, jak z waty, wcale nie chciały mnie utrzymać. Tym razem mama wiedziała już, że to nie żarty. Byłam sparaliżowana od pasa w dół... Ubrała mnie w pośpiechu i zniosła na rękach do taksówki. Na szczęście postój był tuż przed naszym domem. Pojechałyśmy do przychodni. Lekarz zbadał mnie, zmierzył gorączkę, wypytał, co wczoraj jadłam i stwierdził, że jego zdaniem, jest to zatrucie jadem kiełbasianym, ale ze względu na to, że nie byłam dzisiaj pierwszym dzieckiem z takimi objawami, skierował mnie natychmiast do szpitala zakaźnego na ul. Arkońskiej na 40-to dniową kwarantannę! Przypuszczano, że dzieci zarażają się jakąś chorobą, ale nikt nie potrafił jeszcze postawić konkretnej diagnozy. Mama cały czas miała jeszcze nadzieję, że to „zwykłe” zatrucie pokarmowe, które szybko da się wyleczyć. W drodze na Arkońską próbowała mnie trochę rozweselić i już obiecywała, że codziennie będą razem z tatą do mnie przyjeżdżać.

- Gdybyśmy nie mogli do ciebie wejść, będę ci przywoziła twojego ulubionego ptysia. Wtedy będziesz wiedziała, że u ciebie byliśmy.

Umówiła się z siostrą, żeby ta stawiała go przy moim łóżeczku na parapecie – wtedy ukradkiem, przez okno, będą widzieli, że go dostałam. A może nawet uda im się mnie zobaczyć przez szybę? Ja ich nigdy nie widziałam – tylko pachnącego, różowego ptysia od „Wasylika”.

 

Było nas sześcioro w sali. Nudziliśmy się bardzo. Tylko czasami jakaś siostra czytała nam bajki. Z łóżeczek nie mogliśmy wychodzić, bo wszyscy mieliśmy sparaliżowane nogi. Niektórzy również rączki. Znałam tylko Mietka – przyjechaliśmy tu tego samego dnia. Mijały dnie i nic się nie działo.

 

 

Dzwonek do drzwi – przyniesiono paczkę od babci. Teraz dopiero zdaję sobie sprawę z tego, jakiego dokonano wyczynu. Po postawieniu diagnozy mama powiadomiła telegraficznie babcię w Manchesterze z prośbą o natychmiastowe załatwienie i przysłanie koniecznych leków, zdaje się, że penicyliny czy streptomycyny, które miały dać mi jakąś nadzieję na wyzdrowienie. Chyba tak się te leki nazywały – gdyż raptem przestałam lubić panią Celinkę, bo była ona dla mnie uosobieniem peni-celinki! Babcia załatwiła tę przesyłkę w jakiś wręcz cudowny sposób – pierwsza porcja leków przyleciała z za „żelaznej kurtyny” samolotem „Czerwonego Krzyża” i jeszcze tego samego wieczoru przywieziono ją do nas do domu. Trzeba pamiętać, że działo się to wszystko latem 1956 roku!

Doktor Łącki wytłumaczył pani Celince, jak należy leki dawkować i już odbyło się „pierwsze kłucie...”

 

 

 

Weszliśmy na pokład. Wrażenie było niesamowite. Przed wielu laty na ten sam pokład wchodziła moja babcia Romana, często odprowadzały ją jej córki, moja mama i ciocia Irka. Mogły wyjątkowo na krótko również wchodzić na statek. A teraz ja mogę iść po ich magicznych śladach. Prosto z pokładu weszliśmy do pomieszczenia pod pokładem, które było recepcją. Tata powiedział coś do pana stojącego za ladą, ten coś mu odpowiedział a potem popatrzył w moim kierunku i na twarzy jego pojawił się miły uśmiech. Tata podszedł do mnie i wziął mnie pod rękę.

- Chodź, wejdziemy do salonu, przecież zaprosiłem Cię na kawę.

Z jego oczu strzelały tylko filuterne iskry radości. Po wejściu do salonu oniemiałam z wrażenia.

- To nie do wiary!. Wszystko wygląda tak jak na babci zdjęciach. Te same stoliki, te same fotele a w przeciwległym rogu stał fortepian. - Łzy zakręciły mi się w oczach. – To wygląda tak, jakby czas się zatrzymał i zaraz wejdzie babcia, w fartuszku i czepeczku siostry PCK, usiądzie przy fortepianie i zacznie grać Chopina.

Usiedliśmy w wygodnych fotelikach i zaraz podeszła do nas kelnerka.

- Poproszę dwie kawy ze śmietanka. Czy ma pani jakieś dobre ciastka do tej kawy?

- Polecam świeżutkiego sernika wiedeńskiego. Jest faktycznie bardzo dobry.

- Chcesz córeczko kawałek sernika?

- Chętnie tato, proszę.

- Proszę podać więc do tej kawy jeszcze dwa serniki.

- Dziękuję, zaraz podam – powiedziała kelnerka i z uśmiechem odeszła.

Kiedy piliśmy kawę i jedliśmy świetnego sernika, podszedł do naszego stolika mężczyzna ubrany w roboczy, marynarski kombinezon.

- Dzień dobry, to ta panna jest wnuczką siostry okrętowej, pani Romany?

- Tak, to Danusia, moja córeczka i wnuczka pani Romany, która pływała aż do wybuchu wojny na tym statku. Często grywała na fortepianie w tym salonie. Mamy dużo jej zdjęć z tamtego czasu.

- No, to muszę przyznać, że mieliście dużo szczęścia. Za niecały miesiąc „Batory” ma wypłynąć w ostatni rejs – na złomowisko. Do niedawna czynny był jeszcze hotel, ale już go zlikwidowali. Powoli likwidują wszystko – szkoda. Na szczęście portret króla jeszcze wisi na swoim miejscu, w holu głównym, przy recepcji. Widzieliście go z pewnością.

- Jasne, od razu, jak tylko weszliśmy. – odpowiedziałam.

- Do grudnia oprowadzaliśmy jeszcze regularnie zorganizowane wycieczki po statku, ale od czasu jak zaczęto stopniowo wszystko demontować, zaprzestaliśmy. Ale jeśli pani zechce, panno Danusiu, chętnie pokażę wam najciekawsze zakątki. Możemy zrobić krótki spacer śladami pani babci.

 

 

 

Strajk ostrzegawczy przebiegł bardzo spokojnie, wszyscy wywiązali się ze swoich zadań, nikt nie pił, nie robił zamieszania. Wszyscy siedzieliśmy w długim korytarzu naszego biurowca – parterowego baraku – i rozmawialiśmy o tym, co nas jeszcze czeka. Nasz dyrektor siedział z nami – tu nie było wątpliwości, wszyscy wiedzieli, że od samego początku był po naszej stronie. Wszyscy zdawali się być spokojni, niektórzy nawet próbowali żartować, ale napięcie było bardzo duże. W pewnej chwili, jeden z kolegów, potężne chłopisko, idąc korytarzem nagle z jakimś dzikim, wręcz nieartykułowanym krzykiem wyskoczył do góry wyginając się w nienaturalny sposób to tyłu i runął bezwładnie na plecy aż głowa odskoczyła uderzając o podłogę. Dookoła głowy zaczęła rosnąć kałuża krwi, na ustach pojawiła się piana i całe jego ciało drżało. W pierwszej chwili – szok! Ale natychmiast zerwali się wszyscy na nogi i na miejscu znaleźli się ludzie z apteczką pierwszej pomocy. Pomyśleliśmy wcześniej o udzielaniu pierwszej pomocy, więc byliśmy przygotowani, ale nie sądziliśmy, że właśnie w taki sposób przyjdzie nam się sprawdzić. Podłożono mu opatrunek pod głowę, próbowano go położyć na boku i powstrzymać, aby się nie trząsł. Wcześniej załatwiliśmy, że w razie potrzeby z Pogotowiem Ratunkowym będziemy łączyć się krótkofalówką. Teraz więc połączyliśmy się i telefonicznie i niezależnie od tego, krótkofalówką. Pomoc przyjechała prawie natychmiast. Okazało się, że nerwowa sytuacja i stres nią spowodowany, wywołał u niego pierwszy w życiu atak padaczki. W czasie upadku doznał lekkiego wstrząsu mózgu i pęknięcia skóry – stąd to krwawienie. Przewieziono go naturalnie do szpitala. Nikt po odjeździe karetki wiele nie komentował, ale czuło się, że wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, że to nie żarty, nie jakaś tam przygoda czy biwak. Ci ludzie byli faktycznie świadomi tego co odgrywało się w Polsce. Biorąc pod uwagę fakt, że jeszcze przed paroma miesiącami niektórzy wcale nie wiedzieli, że był „Grudzień 70” czy  „Radom 76” i KOR, dumna byłam, że w tamtej chwili mogłam znajdować się w ich towarzystwie.

 

 

Wjeżdżaliśmy ten ostatni raz do Szczecina już wieczorem. Była mgła, na ulicach nie było żadnych przechodniów, tylko w bocznych przecznicach widać było opancerzone wozy bojowe. Ten widok, to pożegnanie naszego miasta, pozostanie nam na zawsze w pamięci.

Z takim bagażem wspomnień odlecieliśmy samolotem Polskich Linii Lotniczych 7 listopada 1984 roku – żeby było weselej – w rocznicę Rewolucji Październikowej - w kierunku Nowego Życia. Już wieczorem tego dnia wypiliśmy uroczyście lampkę szampana, tak zwanego Sekt’u. Co roku tradycję tę podtrzymujemy. Ciekawe, czy Lenin wie, dlaczego czcimy właśnie ten dzień?...

(….)

 

Oto tekst, jaki znajduje się na okładkach książek.

 

Książka „Tułacze losy” to autentyczne wspomnienia. Jej pierwsza część, „Szpital w zamczysku", opowiada o przedwojennych podróżach babci jako siostry okrętowej na transatlantykach "Kościuszko" i "Batory" jak  i o losach pacjentów wojennych polskiego szpitala wojskowego w Szkocji, gdzie pracowała w czasie wojny. Natomiast druga część, zatytułowana „Karuzela” jest po większej części autobiograficzna i nawiązuje do czasów powojennej Polski. Tłem dla całej książki są, niejednokrotnie tragiczne, losy polskiej emigracji. Tułaczki ludzi gwałtem wydartych swoim rodzinom wybuchem II wojny oraz emigracji późniejszej, powojennej, tej spowodowanej radziecką okupacją. Wiele zdjęć umieszczonych na końcu książki doskonale ilustruje opisaną w niej historię. "Karuzela", jako oddzielne opowiadanie, wygrało konkurs literacki organizowany w 2011 roku przez Konsulat RP w Kolonii w Niemczech.

 

„Tułacze losy“

Opowieść w 2 częściach:

„Szpital w zamczysku“ i „Karuzela”

 

 W latach trzydziestych 20 wieku ciężko było, kobiecie samotnie wychowującej dorastające córki, zapracować na życie. Akompaniament fortepianowy w niemych kinach, czy pisanie krótkich utworów literackich nie wystarczało na godną egzystencję. Wówczas to otworzyła się zupełnie nowa perspektywa, Polska pojawiła się na morzach świata. Zaczęła rozwijać się Gdynia z pierwszym polskim portem morskim. Na statkach pasażerskich szukano pracowników.  i w ten oto sposób moja babcia rozpoczęła pracę jako „Siostra okrętowa” na polskich „Pasażerach”. Początkowo „Kościuszko” a potem „Batory” stały się dla niej drugim domem i wielką przygodą. Kiedy wreszcie życie wydawało się stabilizować, nadeszła największa katastrofa, wojna! Gdy 26 sierpnia 1939 roku „Batory” z moją babcia na pokładzie wychodził w morze, nikomu nawet przez myśl nie przeszło, że nigdy już nie będzie jej dane powrócić do Polski. Rozpoczęła się długa tułaczka na wygnaniu, uwieńczona ciężką pracą w Polskim Szpitalu Wojskowym w Szkocji. Tam napisała swoje wzruszające pamiętniki, oparte na notatkach z licznych rejsów transatlantykami oraz z okresu pracy w „Szpitalu w zamczysku”.

W drugiej części, autobiograficznej, opisuję czasy PRL-u,  w których nawet opublikowanie pamiętników emigranckich nie było możliwe. Czasy, które przyczyniły się do ponownej, masowej emigracji Polaków pokolenia już powojennego, mojego pokolenia.

„Karuzela”, jako oddzielne opowiadanie, wygrało polonijny konkurs literacki  zorganizowany przez Uniwersytet i Konsulat RP w Kolonii w 2010 roku.

 

 

Oddaj swój głos:
(7)
(>0)

Biznes »

3 lutego 2016 Regionalne Property Forum Katowice 11-12 lutego 2016 r. Międzynarodowe Centrum Kongresowe w Katowicach   Główne tematy...
28 stycznia 2016 Europejski Kongres Gospodarczy po raz ósmy zagości w Katowicach Główne nurty tematyczne   Katowice, 28 stycznia...