Kalendarz » Polska

    Brak wydarzeń.

Głębia

Autor: Anna Ciupińska 8 listopada 2013, Piechowice

Głębia
Magda biegła plażą prosto w słońce. Ciężki warkocz uderzał ją rytmicznie po plecach, jednocześnie masując obolałe od długiego pochylania się nad sztalugami. Była taka szczęśliwa. Zmęczona, ale bardzo szczęśliwa. I chyba po raz pierwszy w życiu czuła się spełniona. Obraz, który malowała całą swoją duszą przez jakże długie cztery lata, był właściwie na ukończeniu. Brakowało tylko ostatecznego szlifu, który powodował, iż jej prace były tak charakterystyczne. Jeśli starczy natchnienia, jeszcze w tym  tygodniu będzie mogła go zaprezentować szerszej publiczności. Propozycja wystawy w Grand Hotelu przyszła jak najbardziej w porę. Lepsza okazja w najbliższym czasie się już nie przytrafi. Wszak, nie co dzień szacowne grono światowych Noblistów zwiedza pełne historii polskie wybrzeże. I tylko dzięki temu, jako absolwentka Akademii Sztuk Pięknych na wydziale malarstwa oraz niezwykle dobrze rokująca przedstawicielka młodego pokolenia, dostała tę niecodzienną propozycję. Wystawa w Grandzie, była wisienką na torcie. Czuła, że potem, nic już nie będzie takie same. Przywykła, co prawda do świetnych opinii na temat jej malarstwa, ale tym razem przyjdzie się zaprezentować przed międzynarodową śmietanką towarzyską, której opinii nigdy nie sposób przewidzieć.
Zdyszana przysiadła na końcu falochronu. Rozpuściła włosy, które unoszone wiatrem, łaskotały jej szyję, zdjęła z siebie kostium, usiadła na dwu niewielkich jego skrawkach i objąwszy rękami podkurczone kolana, oddała się we władanie żywiołom.  W ten sposób pokonywała strach przed głębią. Uwielbiała morze, fascynowało ją. Jednak patrząc na ogromne masy wody czuła niewytłumaczalny, paraliżujący lęk. Mowy nie było, by zanurzyła się w miejscu, gdzie nie czuła gruntu. Dlatego każdego ranka przysiadała na wchodzącym głęboko w morze falochronie, by zwyciężyć samą siebie.  Ale nie tylko, nie ma się, co oszukiwać i tu dyskretnie spojrzała w stronę plaży. Już tam był. Spacerował w promieniach słońca i jakby kumulował je w sobie, tak świetlista była jego postać. Chłopak marzenie. Nie znała go zupełnie. Zauważyła któregoś dnia, jak spacerował w pobliżu latarni. Jasne, bądź rude, długie loki świeciły własnym blaskiem. Smukłe, pięknie wyrzeźbione ciało mężczyzny, bo niewątpliwie nim był, przywodziło na myśl tancerza. Taka eteryczność z wewnętrzną siłą biła od niego. Niby kruchy, a budził zaufanie i pojawiał się zawsze, kiedy ona, Magda zmagała się tu, na falochronie ze swoimi nieuzasadnionymi lękami. Nie zbliżał się do niej, nie próbował poznać. Po prostu był. Zamyślony, czasem uśmiechnięty, uważnie obserwował jej ruchy, kiedy wracała. Jak ptak z rozpostartymi skrzydłami, krok po kroczku, bojąc się utracić równowagę i nie wpaść do liżącej jej stopy, kłębiącej, czarnej wody. W połowie drogi przystawała i ubierała się wciągając na opalone ciało majtki od bikini, a już przy samej plaży stanik. Ewidentnie go wabiła. Jednak nie widząc zainteresowania, unosiła dumnie podbródek, zbierała rozigrane włosy, plotła je w ogromnie długi warkocz i wracała, łowiąc po drodze łakome spojrzenia płci obojga.   
Tak było i dzisiaj. Tyle, że on spacerował uważnie przyglądając się latarni. Jak by ją widział po raz pierwszy w życiu. Nie pokazał Magdzie dzisiaj swojej twarzy. Jednak wiedziała, że i tak obserwuje ją uważnie. Łączyła ich niewidzialna nić. Tak nić. Powróz. Tego była pewna.
On, na początku budził niepokój, potem się przyzwyczaiła i czuła nawet zawód, kiedy zdarzało się nie dostrzec go na plaży. Podobał się jej ogromnie, rozmawiała z nim w myślach siedząc w kucki na falochronie i nawet fantazjowała na jego temat. Wyobrażała sobie jak pięknie musi wyglądać nago. Jako była studentka malarstwa, znała męskie ciało, aż nazbyt dobrze. Czasami nawet bywało, że model nie mógł opanować emocji…
 Patrząc na tego tajemniczego mężczyznę, oczyma wyobraźni widziała złote włoski na łydkach nieznajomego i równie złote, gęste i zapraszające w innych, jakże słodkich męskich miejscach.  Ale wtedy… wtedy on jakby wyczuwając jej nastrój, odwracał się od niej. Nie, nie odchodził, ale też, jak dzisiaj, nie pokazywał swojej twarzy. Spacerował z głęboko naciągniętym na oczy kapturem, tak, że widziała tylko jego plecy. Może w jakiś przedziwny sposób czytał jej w myślach, nie akceptując takiego zachowania, a może też miał swoje problemy…  Kto to wie. Nagle, przyszło jej do głowy, że on może być księdzem na rozdrożu. Albo gejem i sam do końca o tym nie wie… Że szuka spokoju, odpowiedzi na dręczące pytania, a ona mu zakłóca. Z tęsknoty za mężczyzną, z samotności przylgnęła do obcego faceta, przywłaszczyła go sobie i jeszcze niepokoi jego duszę jakimiś erotycznymi fantazjami. I kiedy tylko to pomyślała, dokładnie w momencie, on odrzucił kaptur i z dala spojrzał na nią tak przenikliwie, że mało do kłębiącej się wody nie wpadła… Tym razem ubrała się znacznie szybciej.
Postanowiła okiełznać swoją rozpasaną erotyczną wyobraźnię, z nim, jako kochankiem w roli głównej i skupić się na dokończeniu obrazu.
Patrzyła krytycznie na swoje dzieła. Jeszcze tylko godzina została do oficjalnego otwarcia wystawy. Trzeba przyznać, że organizator wykazał się ogromnym smakiem. Umieścił obrazy w taki sposób, iż czytało się z nich więcej niż Magda by sobie życzyła. A światło, które również było majstersztykiem, wydobywało z ich głębi niedopowiedzenie, niepokój, krzyk nieomal. Magda zdumiona patrzyła na swoje dzieła. Nie poznawała ich. To były zupełnie inne obrazy. Kolorowe wiązki laserowego światła, kierowane na poszczególne elementy, powodowały, iż prace dostały drugie życie. Efekt był niesamowity. Światło ledwie muskało oleje, przydając im tajemnicy, a przesuwając się wolniutko po poszczególnych fragmentach, wydobywało z obrazów niedopowiedziane. Wstrząśnięta Magda nie zauważyła upływającego czasu. W lekkiej codziennej sukience, bosych stopach z resztkami zasychającego piasku, objęła się ramionami, jakby sama siebie przed czymś broniła. Zastygła niczym żona Lota, nie widząc, ani nie słysząc, co się wokół dzieje. A działo się! Oj, działo!  Zachwyceni goście zapominając o poczęstunku, komplementowali sztukę. Patrzyli jak zaczarowani. W ich duszach kłębiły się emocje, które jeszcze podsycała delikatnie sącząca się muzyka, rodem z gwiezdnych wojen. Propozycje kupna składane gospodarzowi wystawy oszołomiłyby nie jednego uznanego malarza. Darmo powtarzał, iż obrazy nie są na sprzedaż. Stanowiły całość. Wszystko, albo nic. Wywierały na patrzących ogromne wrażenie, ale musiały być wszystkie razem. Stanowiły jedną nierozerwalną całość. Dyskretnie obserwował na twarzach patrzących walkę, którą toczyły ich dusze. Wiedział, że wyjdą stąd lepsi niż przyszli. Jednak największe emocje budził w nich wiszący w centralnym punkcie galerii ogromny obraz, od którego nie można było oderwać wzroku i dla którego inne, były tłem zaledwie. Zaczynał się spokojnie, niebiesko-białe plamki tańczyły wokół delikatnych muśniętych srebrem, jakby utkanych z księżycowych promieni, potem niezauważalnie poprzez zastosowanie ciemniejszych odcieni, kolory nabierały głębi, w której już księżyca nie było, by przejść w smolistą czerń w centrum obrazu, z którego to wydobywała się pomarańczowa plama uwieńczona krwistym czerwonym krzykiem…
Nagle, osłupiała Magda przestała oddychać, czuć, myśleć. Zdecydowanym krokiem podeszła do gospodarza, który zachęcająco skinął głową. Z jego kieszonki wyjęła zielony flamaster. Szybkim ruchem odrzuciła precz zakrętkę i zanosząc się niepohamowanym płaczem, na oczach osłupiałych gości namalowała w samym centrum krzyku wyraźną, zieloną linię życia…
Poznała go, poznała! To był ten niepokojący chłopak! On był gospodarzem wystawy! Biorąc z kieszonki na jego piersi zielony flamaster, spojrzała w jego oczy i przepadła z kretesem. Była zakochana jak nigdy w życiu! Czuła, jak pod jego spojrzeniem, jej ciało, zamieniło się w ogromną płonącą żagiew, której jak jej się wydawało, ugasić było niepodobna. I nagle poczuła, co znaczy być prawdziwą kobietą… Od jednego spojrzenia…
Zareagowała jak zwykła dziwka. Speszona, zawstydzona, nieomal upokorzona na oczach wszystkich, wśród ogólnego zamieszania wybiegła w ciemność…
Gnała przed siebie, by się zmęczyć, by wysiłkiem zagłuszyć ponowną chęć spełnienia. Gdzieś z głębi, docierało do niej, że odniosła ogromny sukces. Ale też wiedziała, komu go zawdzięcza. Biegła na oślep pustą już o tej porze plażą, nie umiejąc dać sobie rady z emocjami, na które zupełnie nie była przygotowana. Łzy zalewały jej oczy, a ciało paliło wszechogarniającą gorączką. Cienka bawełniana sukienka, nagle zrobiła się ciasna i plątała nogi. Zrzuciła ją zatem. Odruchowo pozbyła się też bielizny i jak dzika klaczka wskoczyła do słonej, chłodnej wody. Nie zważając na gwizdy i krzyki z plaży, tłukła wściekle ramionami wodę. Byle dalej od brzegu.
- Wraaaacaaaaaj, wraaaacaaaaaaj, dochodziło do niej z daleka jeszcze przez jakiś czas. Potem wołanie to cichło, to, nie wiedzieć czemu, przybierało na sile.  Ale ona nie chciała! Nie chciała! Bez niego, jej życie było niczym. Niczym! Niczym! Niczym!
Nie mógł być z nią! Nie mógł! Kiedy tam, w galerii, spojrzała przez łzy w jego oczy, wiedziała już wszystko…  Nie chce! Nie chce wracać! Tak jest dobrze! Tak! Skoro on, nie może być jej, to po cóż wracać? Po cóż żyć? Niech on, chociaż nie wypuszcza jej ręki. Niech trzyma! Mocno trzyma! Jak tonący i skazany na wieczne potępienie, łapie za tę ukochaną rękę kurczowo, czując, jaka jest delikatna. I o dziwo, ta delikatna, jednak o żelaznym uścisku ręka, wlewa w nią życiodajną siłę. Do walki o siebie. Siła ta rysuje się dokładnie w taką amplitudę, jaką namalowała na swoim obrazie. To linia życia. Jej życia.
Słyszy jak bije jego serce i czuje ulgę.  Jest przy niej blisko, trzyma za rękę, gładzi włosy, muska, pewnie przypadkiem pierś. Ach, nareszcie spokój. Ma go w końcu przy sobie. Wszystko będzie dobrze. Będzie dobrze. Uspokaja nie wiadomo, jego czy siebie. Lecz, co to? Znowu jest pełna miłości, chce dawać, dawać, dawać, ale też i brać, czerpać pełnymi garściami.
- Kochany, szepcze z wysiłkiem, tuląc się do dłoni.
 Znowu czuje, że płonie pod jego dotykiem. Wygina się, pręży, wskazuje drogę… Lecz, dlaczego on się  opiera? Dlaczego nie rozumie? Słyszy szalone bicie serca. Jego? Czy swego?
Ta maszyna zaraz eksploduje. Niech w końcu ktoś coś z nia zrobi, ileż można tego słuchać! Miota się, krzyczy, woła, by po chwili jak szmaciana lalka osunąć się w głębię, w której jego już nie ma.
Po co żyć? Dla kogo? Czuje się zdradzona. Płacze. Gorące łzy ciekną po twarzy, zalewają uszy, policzki, szyję i lądują na nagiej piersi dziewczyny. Dokładnie tam, gdzie przed chwilą była jego dłoń…
Jakieś dzieci wołają
- Mamo, mamusiu, obudź się!
Zniecierpliwiona krzykiem, rozgląda się wokół za matką tych miauczących dzieciaków. Nawet chyba ładne te dzieci – myśli. Ale oprócz kilku nieznanych rozmazanych zielonych postaci, owej matki nie widzi.
-Mamusiu, mamusiu – znów dał się słyszeć piskliwy głosik.
Wytęża wzrok, postacie stają się ostrzejsze. Widzi, a może bardziej czuje na sobie ich zatroskane spojrzenia. Patrzy na dwie identyczne dziewczynki siedzące w nogach jej łóżka. Ach, jest w łóżku. A dzieci mają łzy w oczach, pewnie ta matka nie przyszła…
- Czy jestem chora?  – A gdzie wasza mamusia? - Widząc, iż dziewczynki są zdezorientowane dodała jeszcze. - Nie martwcie się, na pewno zaraz tu po was przyjdzie.
- Jak macie na imię?- Pyta jeszcze z grzeczności, bo tak naprawdę wcale jej to nie obchodzi.
- Kochanie, ta z prawej to Eryka, a z lewej Ludwika- nie poznajesz naszych dziewczynek?
Naszych? Naszych? Zdębiała. Kochanie? Jakie kochanie, albo czyje kochanie? Próbując sobie wszystko poukładać zmęczona do granic z ciężkim westchnieniem zamknęła oczy. Kto to jest ten człowiek i ten drugi, który nic nie mówi, tylko obserwuje ją uważnie? A dziewczynki? Skąd się tam wzięły? Jedno nie ulega wątpliwości. Jest w szpitalu i jest chora. Ale przecież wczoraj jeszcze była zdrowa, pływała w morzu. Pływała? Płynęła jak szalona i zapewne topiła się. To by wyjaśniało szpital. Po mamrotała coś pod nosem i uspokojona zasnęła.
Kiedy otwarła oczy, dyżurująca przy niej kobieta zadzwoniła po lekarza. Przyszedł, przedstawił się, jako neurolog i poprosił, aby mu opowiedziała, co jej się śniło. Tak, właśnie takiego niepokojącego słowa użył. Śniło… Rozumiała, czego oczekiwał, jednak gdzieś w podświadomości wie, że nie może mu nic powiedzieć. Wie też, że jej nie wierzy, kiedy mówi, że nic, ale to zupełnie nic jej się nie śniło, a przynajmniej niczego nie pamięta…
Kobieta dyżurująca przy łóżku, okazuje się być jej siostrą Michasią. Jaką siostrą – myśli - przecież była jedynaczką, miała na imię Magda i była malarką. Młodą, a już o niezwykłym dorobku malarką. Miała dwadzieścia sześć lat, mnóstwo przyjaciół i otwarte prawie wszystkie liczące się galerie. Taką siebie zna i akceptuje. A tu jakaś siostra! Też coś!
Domniemana siostra w przerwach między uciążliwymi badaniami, opowiada o mężu, dzieciach, rodzinie. Magdzie – Basi, bo tak teraz ma na imię - Basia, miesza się w głowie. Sama już nie wie, co ma myśleć. Mąż, dziewczynki, wypadek, śpiączka. Cztery lata w śpiączce! Nie wierzy, nie wierzy. Ta kobieta, to jakiś wróg. Skradła jej tożsamość, ale gdzieś na dnie serca czai się niepokój. A jeżeli to wszystko jest prawdą? Niestety. Jest. Lekarze potwierdzają wersję Michasi. A mąż przynosi zdjęcia i dokumenty. Boże, niech ten koszmar się skończy…
Właśnie odebrała z salonu nowiutki samochód. Mąż nie mógł jej towarzyszyć, miał jakieś ważne spotkanie i zdecydowali, iż pojedzie sama. W końcu jedzie do salonu – ryzyko żadne. Zawiózł ją do Wrocławia i popędził na lotnisko. Dziewczynki zostały pod opieką babci. Basia dopełniła formalności, ubezpieczyła samochód, zatankowała i ruszyła w drogę powrotną. Był schyłek lata, pogoda dopisywała, włączyła radio Classic i słuchając kojącej muzyki, rozkoszowała się jazdą. Właśnie jechała lewym pasem, kiedy zobaczyła przed sobą niewielki dostawczy samochód. Centralnie, pod kątem prostym próbując przedostać się przez pas zieleni na drugą stronę, zajeżdżał jej drogę. W ułamku sekundy było po wszystkim. Nieprzytomną Basię wycięto z doszczętnie zmiażdżonego samochodu i odwieziono helikopterem do szpitala. To było dokładnie cztery lata temu. Dziewczynki jeszcze nie miały roczku…
Zszokowana patrzyła na swoje ślubne zdjęcia, potem te z porodówki, gdzie szczęśliwa tuli dwa małe tobołki. Na uśmiechniętego Zygmunta. Ślicznego jak marzenie chłopaka. Choć minęło już kilka ładnych lat wciąż, prosty jak trzcina, śniady, z uwodzicielskimi czarnymi oczami. No i wysoki, co najmniej z metr dziewięćdziesiąt pięć. Studentki pewnie za nim szalały pod jej nieobecność. Czy tylko studentki? Patrzyła na Michasię, kiedy ta nie widziała i ciężki kamień kładł się jej na sercu.  Czyżby była zazdrosna? Podejrzliwa? Nie powinna, przecież ona w tym czasie też miała swojego Ariela. Skąd wie, że miał na imię Ariel? Przecież nie przedstawiał się. Nie wie, nie wie, nic nie wie i zrozpaczona nie mogąc wszystkiego ogarnąć, wybucha płaczem, który jest wstanie ujarzmić tylko środek uspokajający zaaplikowany przez pielęgniarkę.
Witamy wśród żywych.
 Dwie pięcioletnie dziewczynki z bukiecikami stokrotek w rączkach patrzą nieśmiało na Basię. Tuli je do siebie, co ma robić, przecież to jej dzieci, ale nie czuje nic. Jeszcze nie teraz. Może później. Wpatrzona w dziewczynki i żywe pachnące kwiatki, w pierwszej chwili nie zauważa małego, złotowłosego chłopczyka, który wpatruje się w nią intensywnie. Ma  nie więcej niż dwa latka i bardzo jej kogoś przypomina. Jest  bardzo podobny do jej siostry Michasi, ale też łudząco podobny do Ariela. Nie, to nie może być prawdą, nie ma Ariela w tym życiu. On, on był w tamtym, tym drugim szczęśliwym życiu. I poruszona do granic, pyta chłopczyka jak ma na imię i gdzie jest jego tatuś. A on patrząc na nią poważnymi, niebieskimi jak chabry ogromnymi oczami bardzo wyraźnie jak na dwulatka mówi:
- Ariel, nazywam się Ariel, a to mój tata i ufnie chwyta malutką łapką, wielką łapę Zygmunta.
- To mój syn, Basiu – mówi odważnie siostra Michasia. - Nasz, poprawia się po chwili, patrząc na Zygmunta, a winowajca spuszcza głowę mocno obejmując wszystkie swoje dzieci.
Dławiąc się od powstrzymywanego szlochu Basia pyta:
- Kim byłam? Jaki zawód uprawiałam zanim… zanim… to się stało? Wypadek znaczy… Pyta zrozpaczona kobieta i dowiaduje się, że była główną księgową na uczelni.
- Księgową, księgową, księgową, powtarza niczym mantrę i patrząc gdzieś w przestrzeń nagle zdecydowanie oświadcza.
-To było kiedyś. W innym życiu, którego już nie ma. Teraz, będę malować obrazy!
-Pani Basiu, usłyszawszy o pani przypadku, świat medyczny oszalał, również pani dała nadzieję tym wszystkim, którzy do tej pory byli jej pozbawieni. Głównie rodzinom. Wyniki potwierdzają , iż jest pani całkiem zdrowa. Za kilka dni wypiszemy panią do domu. Czas zacząć nowe życie.
Taaak – pomyślała Basia - kolejny sukces medycyny dwudziestego pierwszego wieku. Nowy, okiełznany przypadek i całkiem nowe życie, takie dwa w jednym. Tylko czy kogoś obchodzi, czy ja je chcę? To całkiem nowe Życie?
 Już widziała te nagłówki w gazetach i niezliczone, męczące wywiady i ona, w charakterze królika doświadczalnego. I jeszcze te dyskretne pytania w stylu
- A, co Pani na to, że mąż ma dziecko z pani siostrą?
- Gówno! - Odpowiedziała w duchu na ewentualną zaczepkę - Nic wam nie powiem.


       
 
     

 

Oddaj swój głos:
(26)
(>2)

Biznes »

3 lutego 2016 Regionalne Property Forum Katowice 11-12 lutego 2016 r. Międzynarodowe Centrum Kongresowe w Katowicach   Główne tematy...
28 stycznia 2016 Europejski Kongres Gospodarczy po raz ósmy zagości w Katowicach Główne nurty tematyczne   Katowice, 28 stycznia...